piątek, 22 września 2017

Rozdział 22/38


Magda szukała tego, czego nie mogła nazwać.
W jesiennym polu, kiedy zaczynało zmierzchać i pachniała zimna rosa na zwiędłej trawie. W bramach domów i na drewnianych schodach wiodących na zagracony strych.
Czasem widywała zarys tego, czego szukała, na obłażących z tynku ścianach, gdzie tworzyły się kształty z czerwonych cegieł. Dostrzegała coś w wysychającym błocie na brzegach kałuż. W piachu między kocimi łbami zaułka. W kroplach deszczu, które kapały z pokrytego papą dachu ogrodowej altanki i smakowały smołą. W wysokich pokojach starych kamienic, gdzie w salonie jej babci ciotecznej wisiała martwa natura. Połyskliwe naczynie ze szkła o ciemnej, butelkowej zieleni z domieszką niebieskiego, na którym leżały brzoskwinie pokryte matowym puszkiem, pękate i gładkie jabłka w żółtoczerwonym kolorze, granatowe winogrona z plamkami błyszczącego białego światła. Na szerokim łóżku w sypialni, które stało pod piecem kaflowym zwieńczonym rzeźbionym gzymsem, leżała pościel przykryta bordową narzutą, poduszki piętrzyły się w stosie od największej na spodzie do najmniejszej na górze.
Zapuszczone domy na przedmieściu były mokre od mgły, z okien dochodziły zapachu obiadów. Rzeczka Bolimka wypływająca z Jeziora Miejskiego prześlizgiwała się przez obrzeża miasta, płynęła koło rzeźni i zakładu stolarskiego, a potem przez zamglone łąki w stronę Noteci. Mgła nadrzeczna miała słodko-gorzki smak upływającego czasu. W trzcinach rozpaczliwym tonem wołały kaczki. Magda kroiła rano mgłę jak biały ser dla sióstr.
Wiosną szukała tego, dla czego nie mogła znaleźć nazwy, w kwiatach wiśni. Opadały, kiedy powiał zimny wiatr, i wirowały jak płatki śniegu. Mijało lato, wrześniowe słońce żółkło, dojrzewało, stawało się słodkie i miękkie jak gruszka o nazwie klaps. Szła przez pogodny październikowy las, ścieżka była żółtopomarańczowym tunelem, na końcu widniała ciemność. Dęby płonęły czerwonym płomieniem w przedwieczornym chłodzie. Przypominała sobie o chorobie mamy i zagrzebywała się w bukowych liściach. Zetlałe liście o zapachu jej skóry i włosów. W ostatnią sobotę października cofała zegar o jedną godzinę. Gdyby mogła cofnąć czas. Listek brzozy chybotał na pajęczej nici, chociaż nie było wiatru. Coś niewidzialnego, cienkiego i mocnego trzymało Magdę na tym świecie. Duży, ciężki liść klonu pacnął ją w plecy. Przestraszyła się i pomyślała o ojcu. Nie martw się, tato. Wszystko będzie dobrze.
Nastawały deszcze, długo trwała szaruga, potem opady ustawały. Wiał wiatr, chmury się rozstępowały, Bóg otwierał niebieskie oczy i uśmiechał się oślepiająco. Jeszcze późniejsza jesień, pnie sosen rdzewiały od wilgoci. W śpiącym ogrodzie ostatnie jabłka na bezlistnych gałęziach, drobne i czerwone od mrozu. Ciemny grudzień, cmentarna ziemia zmarznięta na kość. Na cmentarzu po śnieżnej nocy wszystko było białe oprócz żałobników idących na pogrzeb. Wykopany grób, ciemna dziura w brzuchu ziemi, śmiertelna rana.
Chciała z nim siedzieć w lutym koło pieca w chacie na bezludziu. Bębnienie deszczu pod koniec zimy, szopenowskie łkanie. Mżawka o wczesnym zmierzchu, kiedy smutny dzień zlewa się z nocą. Chciała leżeć w jego ramionach w czerwcu, kiedy noc jest tak krótka, że ucisza ptaki tylko na chwilę. Lato, środek lipca, długie wakacje. Soczystość cieni w pełnym słońcu, pragnienie wędrówki. Lubiła słońce, ponieważ barwiło czarną czeluść kosmosu na niebiesko. Żuk na piasku przewrócony na plecy fikał nóżkami, ale nie było mu wesoło. Podsuwała źdźbło trawy, żeby mógł się złapać. Szła tamtędy przypadkiem, nie przybyła, żeby go zbawić. Czy on zjawił się tutaj, żeby jej pomóc? Dalekie podróże pociągiem z ojcem, kończący się dzień. Gasnące krajobrazy wędrowały w przeciwnym kierunku.
Ksiądz Jan wybierał się do Gniezna w sobotę rano. Chciał osobiście prosić prymasa o interwencję w sprawie zapowiedzianego pławienia czarownic, dopóki nie jest za późno. Ksiądz Łukasz zaofiarował się zaaranżować widzenie z jego ekscelencją, przyrzekł, że wpłynie na biskupa Kanię. Proboszcz Madej odmówił jakichkolwiek działań z własnej inicjatywy, nawet jednym słowem nie zaprotestował przeciw poczynaniom burmistrza. Wolał się nie narażać. Bał się, że może być z tego jakieś nieszczęście. Jedyne co udało się wikaremu uzyskać, to to, że w końcu wymógł na proboszczu obietnicę, że nie pójdzie pobłogosławić śledczych, którzy badali oskarżone kobiety. Ksiądz Jan udał się na rozmowę z burmistrzem sam i nic nie wskórał. Burmistrz Mierzwa oświadczył, że ta sprawa nie leży w kompetencjach władz duchownych. Zarzucił księdzu Janowi, że się miesza do polityki.
W Gnieźnie przebywał Adam. Ksiądz Jan miał się z nim spotkać. Magda prosiła, żeby przekazał Adamowi, że ona… Co ona? Nie wiedziała, co powiedzieć. Ksiądz Jan powiedział, że wie i obiecał, że się postara, żeby Adam, jeżeli tylko to będzie możliwe, powrócił.
Nie mogła usiedzieć w domu. Zgłosiła się jako ochotniczka do pomocy podczas imprezy o nazwie „Wieczór w Bibliotece”. Tego piątkowego wieczoru biblioteka miejska miała być otwarta aż do północy. Można było przyjść, żeby czytać książki i czasopisma w czytelni przy kawie, herbacie i ciastkach albo po cichu rozmawiać. Kto chciał, mógł posłuchać książki czytanej na głos przez dwie bibliotekarki, które się zmieniały. Jak ktoś wolał, mógł założyć słuchawki, rozsiąść się wygodnie w fotelu i posłuchać audiobooka. Dla miłośników domowej wygody ustawiono dwie kanapy. Kierowniczka witała gości i wskazywała im miejsca, proponowała różne atrakcje.
Magda najpierw zajmowała się dziećmi w oddziale dziecięcym biblioteki. Szczęśliwi rodzice zostawiali swoje pociechy pod jej opieką i szli na zakupy. Magda czytała dzieciakom bajki, grała z nimi w gry. Kiedy rodzice odebrali dzieci o wpół do dziewiątej, Magda dołączyła do bibliotekarek i pracowała z dorosłymi. „Wieczór w Bibliotece” miał trwać do północy, ale krótko po dziesiątej zrobiło się pusto. Zostały same. Magda i dwie bibliotekarki pokładły się na kanapach i czytały, czekając na koniec imprezy. Kierowniczka przeglądała internet.
Pół godziny przed północą do biblioteki przyszedł ostatni gość. Młody mężczyzna lat około dwudziestu pięciu o fryzurze polskiego piłkarza, ubrany w sportową bluzę nie pierwszej świeżości i sfatygowane dżinsy. Na stopach miał rozdeptaną podróbkę adidasów znanej marki. Jedna nogawka jego dżinsów była rozdarta na prawie całej długości, na odcinku od samego dołu aż do miejsca powyżej kolana, gdzie zaczyna się udo. Przez rozdarcie było widać gołą nogę. Mężczyzna nie wyglądał na pijanego, był grzeczny i spokojny, mówił normalnie, nie bełkotał.
– Przepraszam bardzo. Czy mają panie zszywacz? – zwrócił się do kierowniczki, która wstała od biurka i wyszła mu naprzeciw.
– Zaraz zobaczę.
Kierowniczka zajrzała do szuflady i podała zszywacz mężczyźnie, zainteresowana tym, co będzie dalej.
– Gdzie tu jest toaleta? – zapytał.
Kierowniczka nie miała zamiaru wpuszczać podejrzanego gościa do toalety. Jeszcze tam napaskudzi. Wolała go mieć na oku.
– Przykro nam, ale o tej porze toalety są nieczynne.
– Aha. Bo ja muszę zdjąć spodnie, żeby zeszyć nogawkę.
– No to proszę tam pójść, za regał, nic nie będzie widać.
Człowiek schował się za ostatnim regałem i po chwili dało się słyszeć odgłosy uderzeń zszywacza. Po paru minutach odgłosy umilkły. Mężczyzna wyłonił się z kąta i przyszedł do nich. Był bez spodni, górną część ciała miał gołą, w pasie przewiązał się bluzą, aby zasłonić biodra i uda. Magda zauważyła tatuaże na ramionach i klatce piersiowej. W rękach facet trzymał spodnie z nogawką po większej części zszytą zszywkami do papieru.
– Przepraszam bardzo. Zszywki się skończyły.
– Trudno – powiedziała kierowniczka, która chciała się dziwnego gościa jak najszybciej pozbyć. – Zszywki są w magazynie. W nocy magazyn jest zamknięty.
Mężczyzna bez słowa wrócił do swojego zakamarka, żeby się ubrać, po czym wrócił i oddał zszywacz. W nogawce ciągle miał dziurę, ale już nie wyglądało to tak tragicznie jak na początku. Nogawka całkiem nieźle się trzymała. Facet popatrzył z powagą na Magdę i bibliotekarki i powiedział:
– Nie wystarczy leżeć na kanapie i czytać książki. W życiu trzeba umieć sobie radzić.
Śmiały się z tego zdarzenia aż do północy i w dobrych humorach zamknęły bibliotekę.
W nocy Magda nie mogła spać.


czwartek, 14 września 2017

Rozdział 21/38


Wszystko zaczęło się od poskręcanych w kołtun włosów żony burmistrza Zbigniewa Mierzwy. Kiedy medyk nie rozpoznał przyczyny choroby, postanowiono zapytać o radę znachorkę Wójcikową z Margonina, która powiedziała:
– Wiedźmy kołtuna zadały, Dobrzyńska z nich najpierwsza.
Maria Dobrzyńska była wzorową gospodynią z Radwanek, której powodziło się nad wyraz dobrze, musiała więc mieć spółkę z diabłem. Znachorka Wójcikowa wskazała jeszcze jedną kobietę z Margonina jako sprawczynię niedomogi żony burmistrza. Dwie pozostałe wiedźmy po zasięgnięciu języka u tamtejszych mieszkańców wytypowano w miejscowościach Mielimąka i Dziewoklucz.
Przed świeżo powstałym magistrackim sądem ludowym, którego jurysdykcji podlegały przestępstwa czarnej magii, stanęły łącznie cztery kobiety, z których każda początkowo wyparła się winy. Rozprawie przewodniczył sędzia pokoju wybrany przez lokalną społeczność spośród wyróżniających się obywateli miasta. Człowiekiem tym był Andrzej Bugaj, długoletni znajomy burmistrza, z zawodu właściciel firmy handlującej zreperowanymi samochodami po wypadkach, sprowadzanymi z Niemiec i Holandii.
Wraz z sędzią pokoju Bugajem o winie wyrokowało trzech ławników wylosowanych przez komputer z bazy ewidencji ludności. Byli to taksówkarz Mieczysław Woźniak, sprzedawczyni ze sklepu mięsnego Halina Chabas i nauczyciel wychowania fizycznego z policealnej szkoły zawodowej Mariusz Wolfram.
Jako że miał to być pierwszy proces o czary w Wielkopolsce, nie było w regionie wykwalifikowanych i doświadczonych śledczych, których zdążyły się już dorobić dawny zabór rosyjski i Galicja. Molestowany przez żonę, która w dalszym ciągu nie mogła rozczesać włosów, burmistrz Mierzwa skontaktował się z Wiesławem Skowronem z Wołomina. Wiesław Skowron zawinszował sobie dostosowanej do skali trudności zapłaty dla siebie i odpalenia uczciwej doli dla swoich dwóch pomocników. Plus kwaterunek i pełne wyżywienie z trunkami dla całej trójki. Burmistrz Mierzwa zgodził się na warunki i zarezerwował fundusze w kasie miejskiej.
Na posiedzenia ludowego sądu magistrackiego przeznaczono jedną z sal urzędu miasta. Znajdowała się ona w piwnicy budynku, po sąsiedzku z salą urzędu stanu cywilnego i kwaterą straży miejskiej. Okna były małe, umieszczone wysoko, niemal pod sufitem. Półmrok rozpraszały kinkiety wiszące na ścianach. Pod jedną ścianą stał stolik nakryty zielonym suknem i cztery krzesła dla sędziego i ławników. Na środku stolika leżała Biblia, obok której stał krucyfiks. Po obu stronach paliły się świece. Oprócz tego na stoliku znajdowała się butelka wódki, a przed każdym członkiem składu sędziowskiego stał kieliszek.
Pod drugą ścianą, naprzeciwko stolika sędziowskiego, była ława, na której posadzono cztery skute wiedźmy.
Centrum sali zajmował warsztat ze sprzętem i przyborami oraz ciężkie siedzisko z klamrami dla osoby badanej. Był tam kocioł ustawiony na maszynce gazowej, w którym na wolnym ogniu gotowała się woda. Była żelazna płyta sporych rozmiarów, stojąca na krótkich nóżkach, pod którą znajdowały się palniki nagrzewające ją do bardzo wysokiej temperatury. Był pręt z żelaza rozgrzewany przez płomień z osobnego palnika.
Z powodu drażliwej materii, która mogła obrazić moralność publiczną, proces odbywał się z wyłączeniem jawności.
Zgodnie z procedurami Wiesław Skowron, dla którego był to już szósty proces w tym roku, zaczął od środka dowodowego zwanego próbą łez. Oskarżonym o czary kobietom odczytano fragmenty z Pisma Świętego, opisujące mękę i śmierć Jezusa Chrystusa. Mozolnie, jąkając się i przekręcając wyrazy z powodu braku wprawy, czynności czytania dokonała ławniczka Chabas na polecenie sędziego pokoju Bugaja, który sam słabo składał.
Jak było do przewidzenia, wystraszone i zdenerwowane kobiety nie potrafiły uronić ani jednej łzy, co świadczyło o zawarciu paktu z diabłem. Jedna z wiedźm, niejaka Matylda Borowiec z Dziewoklucza, oświadczyła, że tyle się w życiu napłakała, że wypłakała już wszystkie łzy. Jej mąż zginął, jak szedł podpity z roboty poboczem drogi do domu i w niego wjechał pijany kierowca. Dobry był człowiek. Zbił ją czasem, ale szybko o tym zapominał. Syn dwa lata temu się powiesił. Siostra zmarła, jak rodziła siódme dziecko. Przedtem rzucił ją mąż, kiedy się dowiedział, że znowu jest w ciąży. Matylda Borowiec przygarnęła sieroty, ale opieka społeczna wszystkie dzieci odebrała i umieściła w różnych domach dziecka po całym kraju. Chałupa Matyldy Borowiec była w ruinie, zimą i na przednówku kobieta pożyczała pieniądze na odrobek latem, jesienią sprzedawała przy szosie zbierane w lesie grzyby. Chciała się z tego wszystkiego utopić w Jeziorze Margonińskim, ale wyratował ją młody człowiek, co tamtędy przechodził i chciał, żeby jego zdjęcie było w gazecie.
Reszta czarownic nawet nie próbowała się tłumaczyć. Oczy Marii Dobrzyńskiej były suche jak pieprz. Przewrotna kobieta mamrotała półgłosem pacierze spiekłymi wargami.
Jedyną osobą, która uroniła łzy, była Halina Chabas, przy czym nastąpiło to nie przy opisie męki i śmierci Pańskiej, ale wtedy, kiedy oskarżona Borowiec mówiła o swoim życiu. Zwrócił na to uwagę ławnik Mariusz Wolfram i podniósł zarzut.
– Do luftu taka próba. Tylko ławniczka Chabas się popłakała. Czy to znaczy, że ja też jestem czarownikiem? A może pan Woźniak ma konszachty z diabłem. Nie widziałem, żeby płakał.
– Jakie konszach…! co mi pan tu…! z jakim diabłem? Ja z diabłem? Przysięgam, że nigdy z diabłem! Jak żyję, ja z żadnym diabłem… – Ławnik Mieczysław Woźniak poczerwieniał i zachwiał się na krześle, szarpiąc sukno na stole, tak że krucyfiks się zachwiał i niebezpiecznie balansował. Sędzia pokoju Bugaj w ostatniej chwili złapał krzyż i go ustabilizował.
– Spokój! Proszę o spokój.
– Mężczyźni nie płaczą – powiedział śledczy Skowron. Miał szczerą twarz Polaka, który kłamie. – Zresztą próba dotyczy tylko podsądnych.
– Nakazuję procedować.
Wszyscy członkowie składu sędziowskiego oprócz ławniczki Haliny Chabas, która wzbraniała się, potrząsając głową i marszcząc nos, wypili po kieliszku wódki. Poczęstowano również śledczego i jego ludzi.
Następnie pomocnicy Wiesława Skowrona zakneblowali czarownice, wpychając im w usta zrobione z litego plastiku kule przytwierdzone do skórzanych pasków, które zapięli na ich potylicach, i przeszli do próby wrzątku. Po kolei oskarżone o czary kobiety musiały wydobyć z dna kotła wypełnionego wrzącą wodą łyżeczkę do herbaty. Pomocnicy Skowrona sadzali wiedźmy na siedzisku, unieruchamiali im głowę, tułów, nogi i lewą rękę klamrami, a potem łapali prawą, wolną rękę na wysokości łokcia i zanurzali ją we wrzątku. Trzymali, aż kobieta chwyci łyżeczkę, każda starała się to zrobić jak najszybciej, ale nie każdej w szoku od razu się udawało, po czym wyciągali rękę.
– Co teraz? – zapytał sędzia, kiedy wszystkie cztery kobiety wyjęły łyżeczkę z kotła z wrzącą wodą.
– Czekamy – odpowiedział śledczy.
– Na co? I jak długo?
– Na oparzeliny. Niedługo. Brak porządnych oparzelin będzie świadczył o niewinności.
– Rozumiem.
Na rękach wszystkich kobiet, od dłoni aż prawie po sam łokieć, pojawiło się zaczerwienienie i obrzęk.
– Nie ma pęcherzy – powiedział śledczy.
– Co to znaczy?
– To znaczy, że może być poparzenie pierwszego stopnia. Przy poparzeniu drugiego stopnia są pęcherze. Ale dopiero po paru godzinach.
– Po paru godzinach?
– Jak nie ma czasu, możemy badać dalej.
– Proszę procedować.
Drugim rodzajem próby ognia było złapanie gołą ręką rozgrzanego do czerwoności żelaznego pręta. Pomocnicy śledczego włożyli azbestowe rękawice i pomogli kobietom wykonać chwyt, zaciskając ich lewe, jeszcze nie oparzone dłonie na pręcie i przytrzymując do chwili, kiedy skóra i mięso zaczęły skwierczeć, a spod zaciśniętych na pręcie rąk wydobył się dym. Kobiety rzęziły przez nos, Matylda Borowiec charczała. Z oczu Marii Dobrzyńskiej wypłynęły dwie łzy koloru rozrzedzonej krwi.
Sędzia Bugaj i ławnicy podeszli do oskarżonych i przyjrzeli się spalonej skórze. W powietrzu unosił się swąd.
– Poparzenia trzeciego stopnia – ocenił Skowron.
– Czarownice – stwierdził ławnik Wolfram, nauczyciel wychowania fizycznego z policealnej szkoły zawodowej. – Widać. A nawet czuć.
Halina Chabas nic nie mówiła, zasłoniła jedną ręką usta i nos, drugą rękę trzymała na żołądku.
– Nie o to chodzi – powiedział śledczy Skowron.
– A o co? – Sędzia pokoju Andrzej Bugaj zaczynał się niecierpliwić.
– O to, że jak ręka po trzech dniach będzie się dobrze goić, to będzie dowód, że oskarżona nie jest winna zarzucanych czynów. Jak rana będzie się paskudzić, to wiedźma.
– Po trzech dniach?
– Teraz zrobimy trzecią próbę.
Ponownie wszyscy, tym razem nie wyłączając Haliny Chabas, wypili po kieliszku wódki.
Kobietom zdjęto buty, rajstopy i skarpetki, co tam która miała, na przykład Matylda Borowiec miała stare buciory natknięte na chude jak patyki gołe nogi, po czym trzymane z obu stron przez pomocników, jedna po drugiej czarownice przeszły boso po rozgrzanej jak patelnia płycie.
– Czekamy trzy dni – powiedział Skowron. – Źle gojące się rany na stopach dowiodą, że są w zmowie z diabłem.
Sędzia pokoju Bugaj pomyślał, że burmistrz nie będzie zadowolony. Szło o koszt trzydniowego goszczenia śledczego z Wołomina i jego dwóch pomocników. Wyglądali na takich, co potrafią zjeść i wypić.
– Po trzech dniach zrobimy próbę wody.
– Jaką znowu próbę wody? Gdzie?
– Podobno macie tu trzy jeziora. Spławimy czarownice. Próba wody jest dopełnieniem próby ognia.
– Skonsultuję się z burmistrzem. Zarządzam przerwę.
Powiadomiony o sytuacji procesowej przez sędziego pokoju Bugaja, burmistrz Zbigniew Mierzwa zastanowił się i uznał, że pławienie czarownic w Jeziorze Miejskim może przysporzyć mu popularności, która przełoży się na głosy w zbliżających się wyborach samorządowych.


piątek, 1 września 2017

Rozdział 20/38


Sławomir Guziec wracał z pałacu arcybiskupiego na ulicy Miodowej i przypominał sobie tamten nieudany eksperyment poprzestania na małym w wąskim gronie rodziny i przyjaciół. Jeszcze mniej leżało w jego charakterze wychylenie się w przeciwną stronę, ku całej ludzkości. On nie chciał szczęścia i dobrobytu dla wszystkich ludzi. On tylko chciał nowego lexusa dla siebie. Planował następny ruch.
Przymierze Wojów Warszawy, którego założycielem i przywódcą był Guziec a patronem metropolita warszawski, otrzymało ważną misję do wypełnienia podczas uroczystości intronizacji Jezusa Chrystusa na cara Świętego Carstwa Rzymskiego Narodu Polskiego. W historycznych strojach i z mieczami u pasa tworzyć będą gwardię przyboczną pomazańca bożego, zesłanego dla uświetnienia i dopełnienia wiekopomnego aktu o znaczeniu tyleż religijnym, co państwowotwórczym. Spodziewano się rzeczy nadzwyczajnych.
– Ujrzymy cuda? – zapytał Guziec, markując zaciekawienie po uprzednim zduszeniu ziewnięcia.
– Będziemy świadkami wcielenia na czas podniosłego momentu i widomych tego znaków.
W dalszym ciągu rozmowy arcybiskup Gembicki dał do zrozumienia, że nie idzie o straż li tylko symboliczną. Mowa jest o dosłownej ochronie bożego człowieka, któremu zagrozić może niebezpieczeństwo. Skąd?
– Wszystko, co oświetlone, rzuca cień. To, co przyjazne, ma wrogów. Każdemu dobru odpowiada zło.
– Nie będzie tam policji, agentów, ochroniarzy ani brygady antyterrorystycznej majora Rębacza? – pytał Sławomir Guziec, chociaż wiedział, że będą. Cały plac Piłsudskiego zostanie obstawiony. Jeżeli nie ze względu na pomazańca bożego, to na pewno z powodu obecności kontyngentu kościelnych hierarchów, szefowej rządu z oddziałem ministrów, marszałków i wicemarszałków sejmu i senatu, prezydenta i jego przybocznych. – Nazywamy się wojami, ale nie władamy prawdziwą bronią. Miecze mamy tępe. Posługujemy się ostrym jak brzytwa orężem wiary.
– Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Wiary nam w tym wypadku potrzeba, nie komandosów. Będziecie żywą tarczą.
– Mamy włożyć hełmy i kolczugi? Jego ekscelencja wie, że nasze stroje organizacyjne to tylko maskarada.
– Mówię w przenośni. Tarcza w znaczeniu zasłony. Waszą misją jest utworzyć kordon na czas procesji. Im ciaśniej go otoczycie, tym lepiej. Husarskie skrzydła macie?
– Da się zrobić.
– To zróbcie i załóżcie. Tak żeby było mało co widać.
– Co nastąpi potem? Co się z nim stanie?
– On wstąpi do nieba cały i zdrowy ku chwale Boga i ojczyzny.
Sławomir Guziec nie wchodził w szczegóły. Takie czasy nastały, że racjonalnie myślący człowiek nie pytał, czy cuda są możliwe. To, że arcybiskup Gembicki mu zawierzył, było rzeczą bardzo cenną, ale chłodna kalkulacja kazała Guźcowi wejść w kontakt z jeszcze inną osobą. Strzeżonego Pan Bóg strzeże. Osoba, z którą wszedł w kontakt, umówiła go na spotkanie z człowiekiem z wąskich sfer rządowych. Człowiekiem tym był Leszek Madziar, koordynator służb specjalnych. Sławomir Guziec zdał Madziarowi sprawę z rozmowy z arcybiskupem Gembickim.
– Tak sprawa wygląda – powiedział koordynator. – Tu jest pies pogrzebany.
Leszek Madziar był z wykształcenia socjologiem, dlatego wiedział, że cokolwiek ludzie robią, czynią to ze strachu przed śmiercią. Wszelkie ludzkie działania mają za cel wyprzeć ze świadomości jej istnienie. Człowiek nie musi nic specjalnego robić, żeby być święcie przekonanym o istnieniu Boga, którego nigdzie nie ma, natomiast wyparcie istnienia śmierci, która jest wszędzie, wymaga mnóstwa różnorakich i ciągłych zachodów.
Leszek Madziar stwierdzał, że to się czasami udawało, a czasami nie. Na przykład w Święto Zmarłych widział tłumy zadowolonych ludzi, którym nawet cmentarz nie kojarzył się ze śmiercią. Taka jest siła wspólnoty i rodzinnych spotkań.
Ewidentnym przykładem zaprzeczenia nieuchronności śmierci była medycyna. Mimo spektakularnych sukcesów w ratowaniu życia lekarzom nie udało się jeszcze nikogo uratować do końca, wszyscy umierali.
Nieśmiertelność obiecywały religie. Sęk w tym, że dopiero po śmierci. Powiedzmy, że dobre i to, toteż byli tacy, nazywali się chrześcijanami, którzy wierzyli w Jezusa Chrystusa. Z tym że według ich Ewangelii Jezus miał willę z basenem, drogi samochód i nienawidził uchodźców.
Oprócz polegania na medycynie i uciekania się do religii pito też cappuccino, włoski napój kawowy z dodatkiem spienionego mleka, czasem bitej śmietany, i szczyptą sypkiej czekolady lub kakao do ozdoby.
Do zwolenników cappuccino, które było podawane z gałką lodów w śmietance i miało orzechowy kolor, należał Leszek Madziar. Kiedy pił cappuccino, zapominał o śmierci. Każdy łyk sprawiał, że nie myślał o tym, że musi umrzeć. Ale zanim umrze, będzie się coraz bardziej starzał. Będzie brzydł i niedomagał. Stanie się obolałym, niedołężnym staruchem, któremu nie pozostało nic innego jak nietrzymanie moczu i śmierć. Chyba że się przekręci wcześniej, a tego też nie chciał. Obojętnie, kiedy się przekręci, jego ciało tak samo zgnije i będą je jadły robaki, którym jest wszystko jedno. Robaki nie wybrzydzały: stuletni starzec czy młoda dziewczyna. Dlatego Leszek Madziar pił swoje cappuccino łyk za łykiem, ciasno, jeden przy drugim, i rozkoszował się smakiem, starając się nie dopuścić do rozwarcia się szczelin otchłani, przez które wdarłaby się myśl o nieuchronnym zgonie.
Inni pili wino. Charakterne Beaujolais Nouveau, które miało nieco duszący aromat wiśni, dużo świeżych borówek i sporo ziemistych akcentów. Rześkie usta wzbogacone orzeźwiającą kwasowością. Wino Roughe, w nosie intensywne. Wiśnia, śliwka, jeżyna i kruszonka. Bardzo słodkie i bez wystającego alkoholu. Niestety dość ulotne. W ustach bardzo mało tanin, słodkawe, z intensywnym i krągłym owocem i mocną, ale nie nadmierną kwasowością. Dosyć pełne, z pikantnym finiszem i dobrze ułożonym alkoholem. Wino Roda, ciemnowiśniowe w kieliszku. Intensywne dymne akcenty uzupełnione o aromaty konfiturowe. Bardzo dobrze zrównoważone, świeże i soczyste zarazem. Usta przynoszą mocno pieprzowe wrażenia podkręcone czekoladą z wiśniami. Wino długie i hedonistyczne.
Ale nie tylko o hedonizm szło, który jest balsamem na śmierć, ale także o to Leszkowi Madziarowi chodziło, żeby się od czasu do czasu zwykłą wódką porządnie upierdolić. Pijany w cztery dupy Madziar o bożym świecie zapominał, był radosny jak nieboskie stworzenie i śmiercią się nie przejmował, kładł na niej miękkiego chuja. Należało mu się. Przez sześć dni w tygodniu ciężko tyrał nad rozpieprzeniem tego, co się dało, i chciał się chociaż w weekend rozerwać. Nawet Bóg zrobił sobie wtedy przerwę.
Niektórzy budowali domy, płodzili dzieci. Dzieci dawały im szczęście i zapomnienie. Tylko czasem przychodziła refleksja, kiedy jesienna plucha i kłopoty: co ja zrobiłem? Przecież i tak umrę. I nie tylko ja umrę, moje dzieci też umrą. Dając im życie, dałam im śmierć. Co ja najlepszego zrobiłam? Pytali sami siebie matka i ojciec, kiedy jedno drugiego nie mogło usłyszeć, w środku bezsennej nocy.
Liczni dążyli do sukcesów. Zdobywali medale i nagrody. Latami trenowali i ćwiczyli przez długie godziny każdego dnia i wtedy nie myśleli o tym, że umrą, ale o tym, że wygrają. Kręcili filmy i zamiast myśleć o śmierci, myśleli o sławie i rekordowych zyskach z wieczoru otwarcia. Pisali książki i myśl o śmierci nie miała do nich dostępu, tak bardzo się w to angażowali. A jak już książkę skończyli, to też nie mieli czasu na śmierć, bo czytali recenzje, udzielali wywiadów i jeździli na festiwale, targi i spotkania autorskie. Kiedy książka okazywała się bestsellerem, przez pewien czas myśleli, że są bogami, ale potem i tak chorowali i szli do piachu. Byli tacy, co zakładali firmy i cały ich czas i energię pochłaniał biznesplan, klienci, rynek, podatki, ceny i reklama. Nie zostawało ani minuty na to, żeby sobie przypomnieć o tym, że umrą, tacy byli zagonieni. Robili karierę w nauce, edukacji, administracji, prawie i technice. Starali się o awans i pieniądze, dzięki którym kupowali atrakcyjne rzeczy, żeby się nimi od śmierci odgrodzić.
Znajomy Leszka Madziara, prezes Kompanii Węglowej Janusz Wander, kupił za część urobku samochód marki porsche w kolorze czarnym.
Auto miało silnik o pojemności 3,4 litra i napęd na cztery koła z elektronicznie sterowanym sprzęgłem wielotarczowym. Ponadto przycisk Sport, funkcję Auto Start-Stop i system rekuperacji energii elektrycznej. Było wyposażone w manualną skrzynię 7-biegową, elektryczny hamulec postojowy, automatycznie wysuwany tylny spojler i dwudrożny układ wydechowy z dwiema pojedynczymi końcówkami wykonanymi ze szczotkowanego aluminium. Pokrywa bagażnika, przednie błotniki, dach, drzwi i pokrywa tylna zrobione były z aluminium. Samochód posiadał boczne wloty powietrza w osłonie przedniego zderzaka z charakterystycznymi listewkami. Boczne szyby pokryte były powłoką hydrofobową. Nakładki progów były w kolorze czarnym. Z innych elementów wyposażenia i funkcji można wymienić elektryczne podnośniki szyb z funkcją impulsowego otwierania i zamykania i ochroną przed zakleszczeniem, automatycznie przyciemniane lusterka zewnętrzne ze zintegrowanym czujnikiem deszczu, podgrzewaną tylną szybę, asystenta parkowania z przodu i z tyłu. Dźwięk był generowany przez zestaw o mocy 235 W z 9 głośnikami w systemie surround. Pojemnik na płyty znajdował się w schowku podręcznym. Na oświetlenie składały się reflektory LED z 4-punktowymi światłami do jazdy dziennej, dodatkowe światła LED z przodu ze światłami do jazdy dziennej i światłami pozycyjnymi oraz kierunkowskazami. Do tego dochodziły tylne światła typu LED i asystent świateł z funkcją Coming Home. Bezpieczeństwo zapewniały pełnowymiarowe, dwustopniowe poduszki powietrzne kierowcy i przedniego pasażera, wzmocnienia w drzwiach, poduszki chroniące głowę, zamontowane w tapicerce drzwi, i poduszki chroniące tułów, zamontowane w oparciach foteli kierowcy i pasażera. Zabezpieczenie przed kradzieżą dawał immobiliser z centralnym zamkiem w pilocie i systemem alarmowym z czujnikiem ochrony wnętrza. Układ klimatyzacji wyposażony był w filtr węglowy i barwione na zielono szyby termoizolacyjne. Sportowe fotele posiadały elektryczną regulację oparć i wysokości oraz ręczną regulację wzdłużną i zintegrowane zagłówki. Fotele z przodu były podgrzewane, fotele tylne składały się niezależnie. Kierownica miała ręczną regulację w dwóch płaszczyznach. Środek, boczne krawędzie i zagłówki przednich foteli wykończone były wytłaczaną skórą.
Przez dwa miesiące od dnia zakupu prezes Wander, który tak jak Madziar na sześćdziesiątkę zarywał, czuł się jak młody bóg i prawie zapomniał o śmierci. Po trzech miesiącach śmierć mu się przypomniała i Janusz Wander nie wiedział, co robić. Kupić nowy samochód czy jak? Prezes Wander w przeciwieństwie do Madziara nie był zdolny do autorefleksji. Autorefleksja nic mu nie mówiła, kojarzyła się z odbiciami światła od lakieru samochodu.
Po uzyskaniu informacji od Guźca koordynator służb specjalnych Leszek Madziar przekazał instrukcje szefowi wywiadu Gumowskiemu.
– Uprzedzę pułkownika Bolko – powiedział szef wywiadu Gumowski.
Jeszcze jedną osobą, z którą Madziar się skontaktował, był Cezary Ostrowski. Od lat wiązały ich interesy.


piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 19/38


Adam pozostawał w gościnie u prymasa Szembeka. Pałac arcybiskupi na ulicy Łaskiego w Gnieźnie, niedaleko placu świętego Wojciecha, był jak na swoją nazwę budynkiem skromnym.
Arcybiskupi gnieźnieńscy jako prymasi Polski posiadali przywilej noszenia stroju kardynalskiego nawet wówczas, gdy nie byli kardynałami. Przywilej ten nie dotyczył piuski, która winna być fioletowa, nie purpurowa. Prymas Szembek pozostał przy swoim stroju biskupim i nie przyjął purpury kardynalskiej.
W przeszłości prymas był faktycznym przywódcą polskiego Kościoła, aktualnie był to tytuł przede wszystkim honorowy. Co nie znaczyło, że arcybiskup Szembek nie miał w Kościele nic do powiedzenia. Przeciwnie, posiadał znaczne wpływy i wraz z metropolitą warszawskim stał na czele jednej z dwóch najważniejszych frakcji episkopatu. Sam metropolita warszawski Gembicki byłby został wybrany przewodniczącym, gdyby ktoś przed zebraniem plenarnym nie rozpuścił plotki, że ma glejaka, co pogrzebało jego szanse i skłoniło część neutralnych biskupów do głosowania na Jagiełę mimo jego wątroby.
Większość czasu gość prymasa spędzał, studiując księgi i dokumenty w archiwum i bibliotece. W pokoju Adama był telewizor i komputer z dostępem do internetu. Wieczorami Adam korzystał z obu mediów. W dzień pod opieką biskupa Kani i jego sekretarza księdza Łukasza zwiedzał miasto, na terenie którego było pięć jezior i wiele zabytkowych obiektów.
Gniezno, pierwsza stolica Polski i pierwsza metropolia kościelna, podobnie jak Rzym, wybudowane zostało na siedmiu wzgórzach. Największym zabytkiem był gotycki kościół katedralny usytuowany na Wzgórzu Lecha.
Prymas Szembek z dumą oprowadzał Adama po gnieźnieńskiej katedrze, która była budowlą trójnawową o układzie bazylikowym z prezbiterium zamkniętym wielobocznie oraz ambitem. Do naw bocznych i ambitu przylegał wieniec kaplic bocznych. Pod posadzką odkryto i wyeksponowano relikty wcześniejszych budowli przedromańskich i romańskich oraz grobowce arcybiskupów.
W centrum prezbiterium znajdowała się barokowa złocona konfesja, a pod nią wczesnobarokowy relikwiarz: trumienka z cyzelowanej, trybowanej blachy srebrnej. Wewnątrz trumienki z blachy srebrnej była drewniana trumienka w postaci cedrowej skrzynki pokrytej płaskorzeźbami, w której spoczywały szczątki świętego Wojciecha. Za relikwiarzem znajdowała się płyta nagrobna świętego Wojciecha z czerwonego marmuru, pochodząca ze średniowiecznej tumby.
Po obu stronach prezbiterium stały fotele dla członków kapituły prymasowskiej, wykorzystywane jako miejsca dla większej liczby współcelebransów Eucharystii. Poza tym w prezbiterium znajdował się główny ołtarz ofiarny z płaskorzeźbą świętego Wojciecha. Nad ołtarzem umieszczona była belka tęczowa z gotyckim krucyfiksem z drzewa lipowego z piętnastego wieku. W dalszej części nawy głównej stały krzesła dla wiernych, a na jej końcu mieściła się sala kapitularza starego.
W ambicie oraz w nawie głównej znajdowały się dodatkowe miejsca dla wiernych. Ponadto były tam płyty nagrobne kardynałów i prymasów z brązu i marmuru.
Nawy boczne otoczone były wieńcem kaplic, kapitularzy, zakrystii i pomieszczeń wieżowych.
W krypcie kaplicy prymasa Potockiego zostali pochowani dwaj prymasi, jeden biskup i jeden protonotariusz apostolski.
W krypcie kaplicy Bożego Ciała, która była miejscem przechowywania Najświętszego Sakramentu, zostali pochowani dwaj prymasi i jeden biskup.
W krypcie kaplicy Doktorów, w której dyżur spowiedniczy pełnił ksiądz penitencjarz, było pochowanych pięciu kanoników gnieźnieńskiej kapituły.
W krypcie kaplicy świętego Walentego, w której również dyżur pełnił ksiądz penitencjarz, a która otwierana była raz w roku na dzień świętego Walentego, zostali pochowani wikariusze katedralni.
W krypcie kaplicy Pana Jezusa, zwanej też kaplicą Świętego Krzyża, byli pochowani kanonicy gnieźnieńscy. Znajdował się tam Cudowny Krzyż Gnieźnieński słynący łaskami oraz wota dziękczynne.
W krypcie kaplicy Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny został pochowany jeden prymas.
W krypcie kaplicy Kołudzkich byli pochowani księża z rodziny Kołudzkich.
W krypcie kaplicy świętego Andrzeja zostali pochowani dwaj prymasi.
W krypcie kaplicy Bogorii, zwanej też kaplicą Matki Bożej Częstochowskiej, został pochowany jeden prymas i jeden arcybiskup. Kaplica była miejscem codziennego stałego dyżuru spowiedniczego kapłanów z parafii gnieźnieńskiej oraz seminarium i kurii metropolitalnej.
W krypcie kaplicy świętego Stanisława, zwanej też sufragańską, został pochowany jeden biskup i jeden kanonik. Kaplica świętego Stanisława była miejscem stałego dyżuru księdza penitencjarza większego.
W krypcie kaplicy prymasa Baranowskiego został pochowany prymas Baranowski.
W krypcie kaplicy świętego Mikołaja został pochowany jeden prymas.
W krypcie kaplicy Łubieńskich zostało pochowanych pięciu prymasów i złożono serce jednego prymasa. Kaplica ta, poza kaplicą Bożego Ciała, była jedynym miejscem przechowywania Najświętszego Sakramentu w katedrze.
Przy kaplicy pod nawą południową spoczywało sześć trumien arcybiskupów i prymasów.
Oprócz kaplic w nawie bocznej znajdowało się wiele innych pomieszczeń. Były to: sala kapitularza starego, pomieszczenie w podstawie wieży północnej z wejściem do podziemia, pomieszczenie przywieżowe północne, gdzie obecnie mieścił się sklep pamiątkarski, pomieszczenie przywieżowe południowe, gdzie była kasa biletowa, i pomieszczenie w podstawie wieży południowej z wejściem na balkon widokowy wieży.
Ponadto zarówno od strony północnej, jak i południowej znajdowały się równoległe kruchty. W kruchcie północnej były duże, dwuskrzydłowe drzwi od zewnątrz, a nad nimi gotycki portal z początku piętnastego wieku z tympanonem Ukrzyżowania wykonanym ze sztucznego kamienia. Były tam wejścia do sklepu pamiątkarskiego, biura pielgrzyma oraz archiwum archidiecezjalnego.
W kruchcie południowej były duże dwuskrzydłowe drzwi, nad którymi od wewnątrz wisiały portrety pięciu królów Polski koronowanych w katedrze gnieźnieńskiej. Znajdował się tam portal z czternastego wieku z tympanonem Sądu Ostatecznego i osadzonymi w nim zrobionymi z brązu romańskimi, dwuskrzydłowymi Drzwiami Gnieźnieńskimi z dwunastego wieku, przedstawiającymi życie i śmierć świętego Wojciecha. Kruchta południowa była na co dzień zamknięta, otwierało się ją tylko na ważne uroczystości, kiedy do katedry wchodzili biskupi.
W środkowej części nawy bocznej, naprzeciwko kaplicy Bożego Ciała, znajdowała się dawna kaplica świętego Jerzego, która obecnie stanowiła drugą kruchtę południową.
Ponadto pomiędzy kaplicą Doktorów, a kaplicą świętego Walentego mieściła się zakrystia wikariacka z wyjściem z katedry oraz zakrystia prałacka, używana przez kanoników i biskupów. Pomiędzy kruchtą z Drzwiami Gnieźnieńskimi a kaplicą Łubieńskich znajdował się nowy kapitularz.
W podziemiach katedry można było zobaczyć najstarszy w Polsce napis nagrobkowy z jedenastego wieku oraz odkryte podczas badań archeologicznych relikty budowli kamiennej z końca dziewiątego wieku. Były tam także fragmenty murów bazyliki Mieszka Pierwszego, twórcy polskiej państwowości.
Początkowo prymasowi Szembekowi wydawało się dziwnym, że większe wrażenie wywarło na nim to, że Adam bezbłędnie zapamiętał wszystkie wiadomości dotyczące katedry od pierwszego ich usłyszenia, niż to, że po jednej rozmowie z nim sam na sam metropolita poznański Jagieło nie potrzebował operacji. Dotknięta marskością wątroba sama się zregenerowała.
Należało do pełnego obrazu dodać, że ten niezwykły człowiek potrafił cytować z głowy przeczytane w bibliotece trudne dzieła wielkich myślicieli, w tym także te napisane po łacinie, a czytał książki szybciej, niż większość ludzi byłaby w stanie je kartkować. Od wczesnej młodości arcybiskup Szembek był miłośnikiem gry szachowej i uważał się za wytrawnego szachistę. Z Adamem przegrał wszystkie partie, ani jednej nie udało mu się nawet zremisować.
Jako urodzony intelektualista i humanista Szembek bardziej podziwiał przewyższające możliwości zwykłego człowieka zdolności umysłowe Adama niż jego cudowną ozdrowieńczą moc, która przecież, tak naprawdę, nie była jego, pochodziła bowiem od Boga. Po paru dniach osłuchał się z jego manierą mówienia, która mimo wyraźnej obcości nie tylko nie raziła, ale w atrakcyjny sposób zwracała uwagę, nadając jego wypowiedziom cechy wybitne.
Będąc przywódcą antagonistycznej frakcji, przewodniczący episkopatu Jagieło nie był w Gnieźnie częstym gościem i prymas Szembek miał świadomość, co przywiodło metropolitę poznańskiego w jego skromne progi. Oprócz chorej wątroby była to ciekawość, albo raczej ciemny aspekt ciekawości o nazwie podejrzliwość. Toruńczycy mieli wobec Adama swoje plany. Nie trzeba było nadnaturalnej domyślności, żeby dojść do wniosku, że są to plany sprzeczne z zamiarami gnieźnian. Korzystając z okazji, Jagieło przywiózł ze sobą swojego starego druha arcybiskupa Licheckiego, którego serce w rezultacie spotkania z uzdrowicielem wzmocniło się do tego stopnia, że Lichecki natychmiast wybrał się w podróż do Tajlandii celem dalszej rehabilitacji.
Szembek odniósł wrażenie, że Jagieło nie zapałał nadmierną sympatią do Adama. Radość z cudem odzyskanego zdrowia nie przeistoczyła się u niego w głęboką, ani tym bardziej dozgonną wdzięczność. Jagieło pozostawał wobec Adama pełen rezerwy. Szembek wyczuł dobrze ukryte tony niechęci w jego grzecznych słowach. Jagieło znany był z przenikliwości i dobrze rozwiniętej intuicji, które to cechy czyniły go szczególnie wyczulonym na niewidoczne gołym okiem zagrożenia.
Czego się bał?


czwartek, 3 sierpnia 2017

Rozdział 18/38


Joachim Lipka, pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem, był tego dnia nerwowy jak zakonnica w burdelu. Osoby zebrane w kancelarii prezesa rady ministrów w Alejach Ujazdowskich milczały. Lipka skończył referować. Zdjęcie człowieka, o którym mówił, zniknęło z ekranu.
– Tak sprawa wygląda.
Wiedza o tym, jak sprawa wygląda, niczego nie ułatwiała. Wręcz przeciwnie, czyniła sytuację jeszcze bardziej zagmatwaną.
– Zabieramy głos po kolei, tak jak tu siedzimy. Proszę bardzo.
Premier Renata Giez preferowała wypowiadać się na końcu, jak już miała ogląd sytuacji. Zasada, żeby się nie wyrywać, tylko czerpać z tego, co powiedzieli inni, przyczyniła się do jej sukcesu. Twarz bez wyrazu i naturalna zdolność do wyrażania się za pomocą wypranych z treści i nasączonych podskórną podłością zdań do pewnego stopnia chroniły Renatę Giez przed internetowymi drwinami. Mimo tego że była tępa jak siekierka do rąbania cukru, pochodziła zresztą z Obrzydłówka, gdzie pracowała w urzędzie gminy, premier rządu nie była łatwym kąskiem do przełknięcia dla satyryków.
– Skąd gwarancja, że on jest tym, no, wcieleniem? – jako pierwszy odezwał się Płaziński, siedzący po prawej ręce premier Giez łysy, duży mężczyzna w ciemnym garniturze, który był ministrem spraw wewnętrznych. Gruba skóra na tłustym karku wchodziła mu na potylicę i marszczyła się jak u psa rasy bokser. – Skoro nawet najbardziej kompetentne w tej dziedzinie osoby nie mają pewności. Jak wierchuszka episkopatu nie wie, to kto ma wiedzieć? – Płaziński nie był zachwycony tym, co w kręgach kościelnych wymaścili. Tylko dać im pole do popisu, od razu coś wysmyczą.
– Ja nie – zastrzegł się Kułakowski, bezpośrednio na prawo od Płazińskiego, też w ciemnym garniturze, ale starszy i nie łysy, tylko szczupły i z siwymi włosami, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie. – Ja wiem tylko, że w tym przedmiocie decydującą rolę odgrywa wiara. Przyjrzyjmy się kultom na przestrzeni tysiącleci. A nawet współczesnym, żeby daleko nie sięgać. Czy w ogóle istnieje coś, w co nie można wierzyć? – zapytał.
Doradca prezes rady ministrów Rafał Milczewski, który był ateistą od dwunastego roku życia i w duchu nie przestał nim być po oficjalnym nawróceniu na katolicyzm, kiedy poświęcił się dla ojczyzny, tak jak wszyscy tutaj obecni był świadom tego, że da się wierzyć we wszystko, jeśli wiara daje korzyść albo niewiara powoduje szkodę, przy czym przez szkodę należy rozumieć również brak korzyści.
Przypomniała mu się scena ze sztuki Daria Fo, wystawionej w jednym z warszawskich teatrów dawno temu, zaraz po tym, jak włoski dramaturg dostał Nagrodę Nobla, i długo przed tym, jak został zakazany jako komunista i ateista. W tamtej scenie ukrzyżowany Chrystus mówi do modlących się: „Przestańcie się modlić i weźcie się do roboty! Sam bym pracował, gdybym nie wisiał na krzyżu”. Milczewski nie był pewien, czy ten fragment znalazł się w Muzeum Narodowym na wystawie sztuki zdegenerowanej. Zwiedzał po łebkach, a tyle tam tego było, że człowiek dostawał oczopląsu.
Muzułmanie czekają na Mahdiego, Żydzi na Mesjasza, chrześcijanie na powtórne przyjście Zbawiciela. Czy będzie ich trzech różnych? Jeśli tak, to przyjdą po kolei czy jednocześnie? A może będzie tylko jeden wspólny? W każdym przypadku kłopot. Co do czekania, aż ktoś zesłany z nieba zrobi porządek, to jest wygodne, bo zwalnia ludzi z odpowiedzialności za bajzel, który zrobili na ziemi.
Rodzice Milczewskiego już nie żyli. Matka była ocalałą z holokaustu Żydówką, ojciec pochodził z mieszczańskiej rodziny wielkopolskiej. Katolicyzm, to znaczy polski katolicyzm, bo były to dwie różne rzeczy, był Milczewskiemu przez długi czas obojętny. Niechęć pojawiła się dopiero po nawróceniu. Była to dziwna niechęć, która sprawiała perwersyjną przyjemność. Dlatego Milczewski ją pielęgnował, chodząc do kościoła, żeby wysłuchać listu pasterskiego episkopatu i pomodlić się o nawrócenie Żydów, zabłąkanych starszych braci w wierze.
– Ludzie! Który my mamy rok?
– Apokaliptyczny. Jak zawsze.
– Czasu się nie cofnie, on idzie naprzód.
– Czas jest miarą względną – zauważył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko z miną tak poważną, jakby prowadził księdza w procesji Bożego Ciała. Od niedawna był w rządzie. Zastąpił tragicznie zmarłego poprzednika, który poległ na przydrożnym drzewie.
– Z Einsteinem nie wyjeżdżaj – burknął na niego Kułakowski.
Nowe programy nauczania wprawdzie nie zakazywały bezwzględnie teorii względności, ale zalecały podchodzić do niej ostrożnie ze względu na jej sprzeczny z nauczaniem Kościoła relatywizm. Poza tym Einstein był figurą ze wszech miar podejrzaną. Nie dość że Żyd, to jeszcze Niemiec. W dodatku emigrant i uchodźca. Gdyby nie to, że gdzieś tam podobno powiedział, że Bóg nie gra w kości, całkiem wyrzucono by go z podręczników, tak jak Darwina i tych magików od kwantów, co twierdzą, że kot może być jednocześnie biały i czarny albo żywy i martwy, przynajmniej dopóki ktoś nie zajrzy do worka i nie sprawdzi.
Rafał Milczewski czytał co nieco o Einsteinie w odróżnieniu od członków rządu, którzy nic nie czytali, a przynajmniej bardzo się starali, żeby tak wyglądało. Wyborcy straciliby do nich zaufanie, gdyby się rozniosło, że czytają. Przyłapanie któregoś z ministrów z książką w ręku było mniej prawdopodobne niż nakrycie go na seksie z kozą, co lud, zwłaszcza wiejski, łatwiej by im wybaczył. Jednostronicowe raporty członkowie rady ministrów czytali z takim trudem, jakby tekst był wydrukowany do góry nogami. Dla większości nawet to było ponad siły i kazali swoim asystentom streszczać raporty w jednym zdaniu i przysyłać w wiadomości tekstowej. Może z wyjątkiem Trzetrzelewskiego, który skądinąd należał do najgłupszych, kto wie, czy nie właśnie dlatego, że czytał. W każdym razie Albert Einstein żalił się, że jeśli jego teoria okaże się prawdziwa, to Niemcy uznają go za Niemca, Szwajcarzy za Szwajcara, a Francuzi powiedzą, że jest wielkim uczonym. Jeśli jednak teoria względności zostanie obalona, wtedy dla Francuzów będzie Szwajcarem, dla Szwajcarów Niemcem, a Niemcy powiedzą, że jest Żyd.
– Ja w każdym razie gwarantuję lojalność służb i gotowość do akcji. – Koordynator służb specjalnych Leszek Madziar nie dywagował i nie relatywizował. – Co ma się stać, to się stanie.
– Co ma się stać, to się nie odstanie – poprawił Milczewski.
– A ja wierzę w rachunek zysków i strat – powiedział minister finansów Antoni Skarbek. Skończył pięćdziesiąt osiem lat i czuł, że się sypie. Nie mógł spać. Bał się śmierci. Koleżance wnuczki zdechł chomik. Podsłuchał rozmowę dziewczynek. Jego pięcioletnia wnuczka pocieszała zapłakaną koleżankę: „Nie martw się. To normalne, że się umiera. Wszyscy umierają. My też niedługo umrzemy”. Gdzie ona coś takiego słyszała? Na pewno nie od dziadka. Pewnie od babci. Żonie Antoniego Skarbka zupełnie po menopauzie denko odbiło. Albo wieczko. Zależy, z której strony się patrzy. Nazwisko Skarbka na wieki miało pozostać w podręcznikach ekonomii jako tego, który polecił zawierzyć spółki skarbu państwa Opatrzności Bożej, co wywołało hossę na giełdzie. Inwestorzy rzucili się do kupowania akcji z okrzykiem hossanna!, po czym nastąpił spektakularny krach i giełdę zamknięto.
– Jakie straty? – zapytała premier Giez.
Zebrani popatrzyli na siebie. Jakie straty? Co mieli do stracenia. Jeśli dobrze to rozegrać, nie będzie żadnych strat.
– Co zyskujemy?
– Doszliśmy do ściany i potrzebujemy przełomu – powiedział Milczewski.
– Głową muru nie przebijesz – Płaziński posłużył się kliszą sceptycyzmu.
– Czemu nie? Twoją można spróbować – Kułakowski skorzystał z okazji.
– Spokój, panowie – jęknęła premier Giez. – Jak nie ma strat, to co zyskujemy?
– Prestiż – odpowiedział Milczewski.
Bawił się wiecznym piórem. Zrobione z brązu i laki eleganckie cacko, dryfujące na fali innowacji. Z kolekcji zainspirowanej produkcją ekskluzywnych łodzi, poprzez artystyczne detale oraz charakterystyczne krzywe przywołujące na myśl żagle najbardziej wystawnych jachtów. Grawerowany korpus i skuwka.
– Słyszałam. Warszawa Mekką chrześcijan. Polska Arabią Saudyjską Europy. Ja jako katoliczka…
Jaja, koka to liczka – powtórzył w myśli Milczewski i zapisał te słowa w notatniku oprawnym w moleskin. Pióro ze stalówką z osiemnastokaratowego złota sunęło gładko po kredowym papierze. Nie zostawiało żydów, nawet jak się mocniej docisnęło. Dosyć gruba, mokra kreska. Szlachetny niebieski atrament. Idealny do podpisywania ustaw sprzecznych z konstytucją. Milczewski ujrzał siebie jako prezydenta. W czym był gorszy od Kołatki? Jaja kok, atoli czka – po chwili zapisał drugą wersję.
– Prestiż daje wpływy, także finansowe. To raz. Polska Chrystusem narodów. To dwa.
Wypowiedział na głos, co już w paru głowach świtało.
– Tylko nie to! – Renata Giez myślała starym trybem. Nie zdążyła się przestawić. Należała do tradycjonalistek, które potrzebują długiej, łagodnej przekładni, bo się mentalnie wykoleją.
– Oczywiście że nie to. Nie to, co było. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Czym był Chrystus? Poniżonym męczennikiem. Czym jest dzisiaj? Władcą. Pantokratorem. Polska Pantokratorem narodów.
– Nam nie chodzi o władzę nad światem. Jest kwestia wzmocnienia obronności – powiedział minister obrony narodowej Czarniecki. – Sojuszników nie mamy, a wrogów lepiej nie liczyć. Możemy liczyć tylko na siebie i Pana Boga.
– Mesjasz miotający cudami ma być naszą wunderwaffe? Baranek, który zgładzi grzeszników świata? – naigrawał się Płaziński, który miał wyrobione zdanie na temat gotowości bojowej polskiej armii. Chodziły słuchy, że Czarniecki polecił wydawać żołnierzom podwójną porcję grochówki, żeby w razie czego mogli chociaż pierdzieć na wroga.
– Sąsiedzi czuliby przed nami respekt – brnął minister obrony narodowej.
– Masz na myśli Czechów czy Słowaków? – Jak chciał, minister finansów też potrafił być dowcipny. Za radą Milczewskiego podatki zamieniono na daniny, jako łatwiejsze do przełknięcia dla ludu o folwarcznej mentalności.
– Nie o tych sąsiadach mówię. – Czarniecki się naburmuszył.
– Wszyscy wiemy, o jakich sąsiadach mówisz. Tylko się zastanawiam, czy bardziej baliby się nas Niemcy, czy Rosja? – Płazińskiemu zaburczało w brzuchu. Sięgnął po herbatnika.
– Niemcy – wyraził opinię minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Po tym, co nam zrobili.
– Rosja – minister obrony Czarniecki miał inne zdanie. – Po tym, co nam zrobiła.
Trzetrzelewski nie chciał się spierać. Słabością ministra spraw zagranicznych była skryta miłość do imperatorskiej Rosji, niedościgłego modelu uporządkowanego świata. Studiując tabelę rang Piotra Wielkiego, Trzetrzelewski widział siebie w randze tajnego radcy, może nawet rzeczywistego tajnego radcy, ubranego w haftowany złotem mundur.
– Nie chodzi o rewanż, zapomnijmy o historii – powiedziała premier Giez. – Idzie o teraźniejszość. Ja nie chcę, żeby się nas bano. Ja chcę, żeby nas szanowano. Teraz, kiedy próbuje się nasz kraj zmarginalizować.
– Zmarginalizować? Już i tak siedzimy w najciemniejszym kącie. Jak sami nie wyjdziemy z Unii, to nas wykopią.
Milczewski potarł orli nos. Bez wątpienia znaleźli się w czarnej dupie i zaczęli się tam urządzać, jak mawiał ktoś, kogo za młodu cenił.
– Strachy na Lachy. Bez nas Unia byłaby pozbawiona przedmurza. – Szczepan Trzetrzelewski myślał strategicznie, z uwzględnieniem geopolityki. – Hordy ze Wschodu by ją zalały.
Milczewski naszkicował w notatniku sytuację geopolityczną Polski. Z jednej strony Rosja, z drugiej Niemcy, a w środku Kościół katolicki. Tylko się powiesić.
– Gdyby jednak trzeba było rozstać się Unią, to zrobimy tak, żeby musiała nam płacić alimenty – powiedział Antoni Skarbek, który tego dnia wzniósł się na wyżyny poczucia humoru.
– Jak długo?
– Aż osiągniemy dorosłość – spuentował Skarbek i nikt nie miał wątpliwości, co ma na myśli. Polacy należeli do tych narodów, które nigdy nie dorastają.
Rafał Milczewski rysował karykaturalną głowę Skarbka. Minister finansów dobrze zobrazował stosunek do Unii Europejskiej. Polski rząd był jak cham, co został zaproszony do stołu, nażarł się i nachlał, potem beknął, odwrócił się dupą do towarzystwa i poczłapał do domu, wywrzaskując bełkotliwe idiotyzmy z pijacką odwagą.
– A co będzie, jak on naprawdę zechce rządzić? – zapytała premier Giez. Jej głos brzmiał płaczliwie, jak zawsze kiedy nie krzyczała. Ale krzyczała tylko na opozycję, Europę i męża.
– Kim? Nami?
Popatrzyli na Madziara. Nikt nie skomentował.
– Co z wizerunkiem? – zapytał z innej beczki Antoni Skarbek.
Miał wymizerowaną twarz, cienki nos i długie uszy. Jak on będzie wyglądać po siedemdziesiątce? – zastanawiał się Milczewski i cyzelował kosztownym wiecznym piórem jego karykaturę. Podobno uszy rosną przez całe życie. Nos też. Zwłaszcza ministrowi finansów.
– Polski?
– Nie Polski. Jego. Skąd oni go wytrzasnęli? Wygląda jak Arab.
– Albo Żyd.
– No. Piękna alternatywa.
– Jezus, niestety, był Żydem – powiedziała zbolałym głosem premier Giez, po czym zapadło milczenie.
Rafał Milczewski domyślał się, że w głębi ducha Renata Giez był przekonana, że Jezus był Polakiem, i tylko religijno-polityczna poprawność kazała mówić co innego. Była kupa podobnych przypadków. Do najbardziej intrygujących należał SS-Gruppenführer Jurgen Stroop, odpowiedzialny za eksterminację warszawskiego getta, który jeszcze w 1949 roku, siedząc w więzieniu na trzy lata przed powieszeniem, twierdził, że Jezus był Niemcem.
– Ich ekscelencje nie ujęły tego lepiej – panią premier poparł pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem Joachim Lipka.
– To jest właśnie to, czego nie pojmuję – przyznał się Czarniecki. – To, że Judasz był Żydem, rozumiem, oczywista sprawa, ale żeby Jezus i Matka Boska…
– Jeszcze Józef.
– Co ty pieprzysz. Józef był stolarzem. Tak jak mój dziadek.
– Ty myślisz, że wszyscy Żydzi to bankowcy i dziennikarze?
– Dajcie spokój, panowie. – Kułakowski wziął z talerzyka ostatniego herbatnika, którego nie zdążył zjeść Płaziński. – Mówiąc poważnie, kimkolwiek jest, najbezpieczniej, żeby jednak on z nami nie został. W każdym razie nie dłużej niż to konieczne.
– Mówisz to jako minister sprawiedliwości czy prokurator generalny?
– Jedno i drugie.
– Dwójca święta.
– Co sugerują ich ekscelencje? – Renata Giez zwróciła się do Joachima Lipki. Przed podjęciem decyzji wolała wiedzieć, czego się od niej oczekuje.
– Męczeństwo jako ofiara przebłagalna albo całe i zdrowe wniebowstąpienie. Odniosłem wrażenie, że hierarchowie są w tej kwestii równo podzieleni.
– Pierwsza opcja jest łatwiejsza technicznie, damy radę – ocenił Madziar. – Z wniebowstąpieniem słabo. Mieliśmy kiedyś kosmonautę Hermaszewskiego, ale w obecnej sytuacji na pomoc Ruskich w podboju kosmosu bym nie liczył.
– Tylko kto?
– Co kto?
– Kto się targnie.
– Znajdzie się. Nie ma strachu.
– U nas? Z dostojnych ust słyszałem o obcym. Kładziono na to nacisk. Kiedy powiedziałem, że z łatwością się taka osoba u nas znajdzie, źle to przyjęto. – Joachim Lipka do dzisiaj czuł się nieswojo na wspomnienie tego, że przez samego kardynała Grabka ofuknięty został. Jak każdy minister srał po nogach na groźbę krytyki ze strony hierarchów. Lipka należał do mniej licznej grupy w sferach rządowych, która trzymała raczej z gnieźnianami niż z toruńczykami. Dobrze się rozumiał z biskupem Kanią. Znajdowali wspólny język.
– Teraz licho z obcokrajowcami. Co do ateistów i innowierców… – Płaziński wygenerował wargami dźwięk, jaki wydają paszczą i chrapami konie przy wodopoju. Było to jakby prr! woźnicy, tylko ubezdźwięcznione, bez angażowania strun głosowych.
– A mniejszość etniczna?
– Która. Niemiecka czy ukraińska?
– Białoruska.
– Daj spokój. Już lepiej tatarska.
– Albo Ślązak. Nie chcą judasze być Polakami, to proszę bardzo.
– Po uchwaleniu ustaw toruńskich większość Ślązaków podpisała polską listę narodową.
– Łaski nie robili.
– Komu laski nie robili?
– Łaski. Tym, co podpisali, ufam jeszcze mniej. Nie ma gorszego Żyda od przechrzty.
– Kiedy ma być ta cała inscenizacja? – zapytał Płaziński.
– Intronizacja – poprawił go Kułakowski.
– Za dwa tygodnie.
– No to bieda. Licho z czasem.
– Czas jest pojęciem względnym – powtórzył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko. Nadęta pierdoła. Płaziński chętnie by mu poradził, żeby wyjął korek z dupy. Płazińki dobrze znał Gawełkę. Gawełko zjadłby własne gówno, żeby zostać ministrem spraw wewnętrznych albo obrony narodowej, ale na razie musiał obejść się smakiem.
– Chciałbym wszystkich poinformować, że wywiad już znalazł kandydata. Formalnie nasz, ale zarazem w najlepszym słowa tego znaczeniu obcy – powiedział Leszek Madziar. – Sprawa jest ściśle tajna. Pani premier zna szczegóły.
Twarze zebranych obróciły się w kierunku pani premier. Renata Giez poprawiła włosy.
– Jeszcze jedna kwestia – przypomniał minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Wtajemniczamy prezydenta?
Zrobiło się cicho. Z jednej strony prezydent był diablo katolicki, z drugiej strony bano się tego, co Kołatka może palnąć. Powolność myślenia w połączeniu z szybkością wymowy sprawiała, że dopiero parę chwil po wypowiedzeniu zdania prezydent zaczynał rozumieć, co ono znaczy. Poza tym jego spontaniczne reakcje bywały przesadzone i nieobliczalne. Tak jak w zeszłym roku, kiedy w rocznicę zamachu na pierwszego prezydenta niepodległej Polski Gabriela Narutowicza, którego na śmierć zaszczuła narodowo-katolicka prawica, Kołatka złożył kwiaty na grobie jego zabójcy, niejakiego Niewiadomskiego. Rzeczniczka prezydenta, była miss Polonia, tłumaczyła, że stało się to przez niedopatrzenie i z uśmiechem koloru blond przeprosiła za zabawne qui pro quo. Uśmiech rzeczniczki to i tak było nic w porównaniu ze słynnym uśmieszkiem Kołatki, który przywodził na myśl minę zadowolonego z siebie mordercy przekonanego o tym, że policja nigdy nie znajdzie zwłok.
– Lepiej żeby Kołatka nie mieszał – przerwał minutę ciszy Rafał Milczewski. Głaskał się po nosie orłosępa. Był świadom karykaturalnych cech swojego wyglądu, ale własnej karykatury narysować nie potrafił. Przynajmniej nie tak dobrze jak innych. – Prezydentowi ani dudu.
Sugestia doradcy wydała się Renacie Giez rozsądna.
Kiedy wychodzili po posiedzeniu, premier Giez zatrzymała Milczewskiego na chwilę.
– Chciałam się dowiedzieć, co sądzisz o tym haśle.
– Jakim haśle?
– Dla mojego zięcia. Kandyduje na burmistrza Obrzydłówka.
Milczewski uśmiechnął się jedną stroną ust jak Bruce Willis. Renata Giez się zaczerwieniła na szyi.
– Tak? Jak brzmi to hasło?
– „Mam serce po prawej stronie”.
– Nie jest dobre.
– Dlaczego?
– Bo ludzie będą się zastanawiać, gdzie ma mózg.