czwartek, 11 stycznia 2018

Rozdział 38/38


Proboszczowi Madejowi okropnie ulżyło, kiedy ksiądz Jan powiedział, że nie pojedzie do Warszawy. Wikary obejrzał ceremonię pogrzebową w telewizji. Tak samo jak w roku 2005, kiedy umarł papież Jan Paweł Drugi. Był dzień wolny od pracy i nauki szkolnej. Ulice opustoszały. Chodził do liceum. Zbliżał się egzamin maturalny. Wtedy postanowił, że zostanie księdzem.
W sobotę odbyła się na Rynku manifestacja przeciwko uchodźcom. Na wszelki wypadek, profilaktycznie, bo w całym powiecie nie było ani jednego uchodźcy. Nie było już nikogo obcego. Ostatni starzy Cyganie się wynieśli. Mieszkali w tym mieście, jeszcze zanim urodzili się rodzice tych, co ich wypędzili.
Wyszedłszy z kościoła, ksiądz Jan usłyszał wymierzone w obcych hasła skandowane przez przenośne głośniki. Podszedł bliżej. Popatrzył na transparenty. Oddalił się czym prędzej, kiedy manifestanci zaczęli go pozdrawiać i zachęcać, żeby się przyłączył.
Na drugi dzień w niedzielę wygłosił kazanie, które ktoś mógłby nazwać politycznym. Tak, prawdę mówiąc, bał się. Właściwie nigdy nie chciał się mieszać do polityki. Nieprzenikniona jest dusza człowieka, albowiem tym, co go ośmieliło, było to, co spotkało księdza profesora Dobrowolskiego, do którego ksiądz Jan uczęszczał na wykłady z teologii na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła Drugiego w Krakowie. Za stwierdzenie, że chrześcijanie, muzułmanie i wyznawcy judaizmu modlą się do tego samego Boga, ksiądz profesor Dobrowolski został zawieszony w prawach wykładowcy. Ponadto następca apostołów metropolita krakowski Grabek zakazał mu wygłaszania homilii i kontaktów z mediami.
Nie o polityce ksiądz Jan wygłosił kazanie, lecz o chrześcijańskim przykazaniu niesienia pomocy potrzebującym. Postanowił nic nie mówić od siebie, tylko powtórzyć dokładnie, słowo w słowo, to co powiedział na ten temat sam Jezus Chrystus. Wziął Nowy Testament i czytał z Ewangelii według świętego Mateusza powoli i wyraźnie.
Gdy Syn Człowieczy przyjdzie w swej chwale i wszyscy aniołowie z Nim, wtedy zasiądzie na swoim tronie pełnym chwały. I zgromadzą się przed Nim wszystkie narody, a On oddzieli jednych od drugich, jak pasterz oddziela owce od kozłów. Owce postawi po prawej, a kozły po swojej lewej stronie. Wtedy odezwie się Król do tych po prawej stronie: „Pójdźcie, błogosławieni Ojca mojego, weźcie w posiadanie królestwo, przygotowane wam od założenia świata! Bo byłem głodny, a daliście Mi jeść; byłem spragniony, a daliście Mi pić; byłem przybyszem, a przyjęliście Mnie; byłem nagi, a przyodzialiście Mnie; byłem chory, a odwiedziliście Mnie; byłem w więzieniu, a przyszliście do Mnie”. Wówczas zapytają sprawiedliwi: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym i nakarmiliśmy Ciebie? spragnionym i daliśmy Ci pić? Kiedy widzieliśmy Cię przybyszem i przyjęliśmy Cię? lub nagim i przyodzialiśmy Cię? Kiedy widzieliśmy Cię chorym lub w więzieniu i przyszliśmy do Ciebie?” A Król im odpowie: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili”.
Tutaj ksiądz Jan zrobił pauzę. Był wzruszony. Podniósł wzrok znad Nowego Testamentu i patrzył na wiernych. Nie przyszło ich wielu mimo niedzieli, ale trochę było. Miał łzy w oczach. Były to łzy radości. Poczuł nagłą potrzebę objaśnienia słów Jezusa, tak aby stały się jeszcze bardziej zrozumiałe, aby mogły napełnić słuchaczy szczęściem. Chciał otworzyć bramę na oścież i zawołać: „Tędy! To jest najkrótsza droga do zbawienia”. Ale nic nie powiedział. Ścisnęło go w gardle. Odczekał chwilę i zmienionym głosem czytał dalej.
Wtedy odezwie się i do tych po lewej stronie: „Idźcie precz ode Mnie, przeklęci, w ogień wieczny, przygotowany diabłu i jego aniołom! Bo byłem głodny, a nie daliście Mi jeść; byłem spragniony, a nie daliście Mi pić; byłem przybyszem, a nie przyjęliście Mnie; byłem nagi, a nie przyodzialiście Mnie; byłem chory i w więzieniu, a nie odwiedziliście Mnie.” Wówczas zapytają i ci: „Panie, kiedy widzieliśmy Cię głodnym albo spragnionym, albo przybyszem, albo nagim, kiedy chorym albo w więzieniu, a nie usłużyliśmy Tobie?” Wtedy odpowie im: „Zaprawdę, powiadam wam: Wszystko, czego nie uczyniliście jednemu z tych najmniejszych, tegoście i Mnie nie uczynili”. I pójdą ci na mękę wieczną.
Po ostatnim zdaniu ksiądz Jan zawiesił głos i powiedział mocno: „Amen!”. „Amen. Panie Boże zapłać”, wymamrotali wierni machinalnie, jakby ktoś ich obudził ze snu.
Nie były to chwile zwątpienia, bo takiego zwrotu zazwyczaj się używa, lecz całe długie godziny, które układały się w dni. Nie w Boga ksiądz Jan wątpił, mimo tego, co powiedział Adam, który, teraz dopiero to było wyraźnie widać, po prostu sobie z niego żartował. I tym bardziej nigdy, ani na chwilę nie zwątpił w Jezusa Chrystusa.
Wątpił w Kościół reprezentowany przez biskupów. O tych wszystkich rzeczach, o których najgłośniej i najwięcej mówił Kościół, nie było nawet wzmianki w Ewangeliach. Ani słowa o aborcji, ani słowa o in vitro i antykoncepcji, nic o związkach partnerskich i małżeństwach jednopłciowych, nic o homoseksualistach, nic o rozwodach, eutanazji, liberalizmie i gender. W Ewangeliach była mowa tylko o jednym. Ewangelie bez końca i na wszelkie możliwe sposoby mówiły o jednym i tym samym. Mówiły o tym, o czym ludzie od dwóch tysięcy lat najmniej chcieli słuchać. O miłosierdziu i dzieleniu się z innymi, pomaganiu i wybaczaniu, skromności i prostocie, miłości i pokoju. O prawdzie.
Według Adama nic się nie zmieniło. Być może. Być może za mało czasu upłynęło. Bardzo wątpliwe. Jana prześladowała przykra myśl, że skoro od tysięcy lat nic się nie zmieniło, to już się nigdy nie zmieni. Chyba że na gorsze.
Jeszcze czekał na wiadomość. Później przestał. Któregoś dnia biskup Kania zadzwonił i zapytał, czy wszystko w porządku. Dodał, że jeśli ksiądz Jan chce, może wyjechać na misję za granicę.
Wikary podziękował.

KONIEC

piątek, 5 stycznia 2018

Rozdział 37/38


Magda zadzwoniła do Jana i powiedziała, że odejdą nazajutrz.
Spotkali się w cukierni Bajka na Małym Rynku. Dobre miejsce na pożegnanie w słotny, jesienny wieczór, kiedy powietrze jest zimne od wilgoci i gorzkie od dymu.
W cukierni było pustawo. Pachniało ciastem, lodami i kawą. Jan i Adam zamówili sernik i kawę cappuccino, Magda wolała jabłecznik i herbatę z kardamonem.
– Kiedyś podczas pielgrzymki doświadczyłem poczucia wieczności – powiedział Jan. – Szliśmy polną drogą w sierpniu, zaczął padać lekki deszcz. Zapach mokrego piasku i zboża. Czas przestał istnieć. Strach przed śmiercią zniknął. Nie miałem żadnych złych myśli ani uczuć. Niechęć, złość, zazdrość, to wszystko się rozpłynęło. Niczego nie pragnąłem. Zdawało mi się, że płynę, unoszę się w powietrzu.
Magda patrzyła na Jana. Jabłecznik był smaczny. Ona też czegoś podobnego doświadczyła. Więcej niż jeden raz.
– Czy to jest dowód na istnienie Boga?
– To jest dowód na istnienie mózgu – odpowiedział Adam. – Wpływając na jeden mały rejon twojego mózgu, mógłbym zmienić twoje uczucia religijne i moralne.
– Nie wierzę.
– A czy wierzysz w to, że można wyleczyć człowieka chorego na Parkinsona? Przez włączenie albo wyłączenie pewnych ośrodków mózgu, można uczynić człowieka gorliwie pobożnym i spowodować przeżywanie religijnej ekstazy i uczuć mistycznych, albo można sprawić, że stanie się racjonalnym ateistą. Tak jak to się dzieje z ludźmi dotkniętymi chorobą Parkinsona, którym wszczepia się do mózgu mikroukład.
– Chcesz przez to powiedzieć, że da się w ten sposób uczynić człowieka złym lub dobrym?
– Zło i dobro należą do kategorii pojęć filozoficznych, ja mówię o działaniu neuronów. Odpowiedni impuls w przyśrodkowej korze przedczołowej zamieniłby religijnych konserwatystów niechętnych uchodźcom i ludziom innej narodowości i innego wyznania w religijnych sceptyków lub nawet ludzi całkowicie obojętnych religijnie, lecz za to tolerancyjnych i otwartych na imigrantów.
– Więc czym są cud i łaska?
– To, co odczuwasz jako transcendencję, jest stymulacją magnetyczną mózgu.
– Mam na myśli cud i łaskę wiary w Boga.
– Ten sam impuls magnetyczny, który łagodzi strach przed śmiercią, odbiera wiarę w Boga, która jest w większej części obroną przed lękiem przed śmiercią.
– Więc gdzie jest Bóg?
– W płatach skroniowych. Dokładniej we fragmencie kory skroniowo-ciemieniowej, w zakręcie kątowym.
– Tylko tam?
– Głównie tam, ale nie tylko. Po części również w całym układzie limbicznym. Wrażenia, których doznałeś w czasie pielgrzymki, nie są niczym niezwykłym. Są w rzeczywistości czymś tak naturalnym jak to, że zaczniesz się śmiać, kiedy cię połaskoczę w stopę. Zwiększenie aktywności płatów czołowych uwalnia umysł od myśli, uczuć i zwyczajnego postrzegania. Natomiast zmniejszenie aktywności płatów ciemieniowych, czyli obszarów odpowiedzialnych za orientację w przestrzeni, powoduje złudzenie zniknięcia granic ciała, daje poczucie nieskończonej przestrzeni, a nawet widzenia samego siebie z zewnątrz. Takie rzeczy dzieją się w sytuacjach krańcowych, na przykład w przypadku śmierci klinicznej. To się też czasami przytrafia w trakcie orgazmu.
Magda spuściła oczy i dolała sobie z czajniczka do filiżanki herbaty o aromacie kardamonu.
– A teologia, filozofia? Mówią prawdę o Bogu i o świecie?
– Mówią prawdę o ludziach, o niczym więcej.
– Jest tam tyle pięknego, inteligentnego rozumowania.
– Jeśli chcesz udowodnić absurdalną tezę, potrzebujesz wyrafinowanych intelektualnie argumentów.
– Skąd się bierze zło? – Janowi smakował sernik. Mama piekła taki sam na Boże Narodzenie i na Wielkanoc. Te cudowne, tradycyjne polskie Boże Narodzenia, kiedy był dzieckiem. W polskiej obórce z polskimi owieczkami rodził się polski Jezusek z Maryi, polskiej mateczki. – Czemu ludzie wierzący nie stają się lepsi?
– To mit, że ludzie wierzący stają się lepsi. Wiem, że sprawię ci przykrość jako kapłanowi, ale jest zupełnie inaczej. Ludzie wierzący stają się gorsi. Osobom wierzącym łatwiej usprawiedliwić zło, które wyrządzają, przez wiarę w Boga, która czyni ich lepszymi we własnych oczach i uświęca w ich sumieniu ich niegodziwe myśli, słowa i uczynki.
– Skąd w takim razie wzięły się religie? Przecież zawsze były jakieś religie.
– Zawsze były i zawsze będą, także po obumarciu chrześcijaństwa i islamu. Religie pomogły i nadal pomagają przeżyć w toku ewolucji. Dawały i ciągle dają przewagę. Czyniąc gorszymi w rzeczywistości i lepszymi we własnych oczach pozwalały i wciąż pozwalają łatwiej zabijać i krzywdzić innych bez wyrzutów sumienia. Pomagały skuteczniej eliminować konkurentów w walce o zasoby. Były, są i zawsze będą z pozoru miękką, ale faktycznie bardzo twardą i groźną bronią. Tak jak cała kultura.
– Myślałem, że jest odwrotnie. Kultura łagodzi agresję.
– Owszem, kultura łagodzi agresję, ale to bynajmniej nie eliminuje zła, bo agresja przestaje być konieczna do jego czynienia. O wiele łatwiej i przyjemniej jest wykorzystywać, niewolić, krzywdzić, ranić i zabijać, słuchając muzyki i chodząc do kościoła i teatru. Już nie wspominając o zaawansowanych narzędziach masowej zagłady, które też są produktem kultury i to wcale nie ubocznym.
Dziewczyna, która krzątała się za bufetem, nuciła pod nosem piosenkę, która niegłośno snuła się z głośnika. Od czasu do czasu zerkała w ich stronę. Jan miał na sobie zwyczajne ubranie. Młodzi ludzie rzadko chodzili do kościoła, ale może ona go kojarzyła. Zauważył, że Magda też spogląda w kierunku bufetu. Najwyraźniej dziewczyny się rozpoznały, ale udawały, że się nie znają.
– A gdzie ludzka świadomość? Czym jest wobec tego nasza świadomość?
– Mieści się w mikrotubułach obecnych w neuronach zwanych komórkami piramidowymi, które są rozmieszczone w całym mózgu. Ściany tych struktur działają jak izolatory odgradzające wnętrze mikrotubuli od otoczenia, przez co procesy kwantowe, które tam zachodzą, są stabilne i tworzą świadomość.
– Jakie procesy kwantowe? – Jan z rozpędu zadał to pytanie, chociaż już nawet nie próbował zrozumieć. Dolał sobie jeszcze kawy. W nocy nie będzie mógł zasnąć.
– Wibracje i zjawiska silnego przewodzenia, takiego jak w nadprzewodnikach, z tą różnicą, że nadprzewodniki potrzebują do działania temperatury bliskiej zera absolutnego.
– To wszystko? To już cały człowiek?
– Mniej więcej. Pytałeś, więc ci odpowiedziałem. Gdybyś pytał o żabę, moje odpowiedzi, byłyby inne.
– Czy zwierzęta też mają świadomość? Czy mają te… – Jan szukał w pamięci użytego przez Adama słowa – …mikrotubuły?
– Do pewnego stopnia. Ale między ludźmi a zwierzętami zachodzi różnica.
– Mam nadzieję! – Jan próbował zażartować, chociaż z jakiegoś powodu było mu smutno. Nigdy nie kochał się z kobietą, ani z mężczyzną, jeśli już o to chodzi, wstąpił do seminarium duchownego jako prawiczek, ale być może to, co teraz czuł, było podobne do smutku, jaki ogarnia po akcie seksualnym, o czym kiedyś czytał. Pamiętał porzekadło, pochodzące od greckiego lekarza Galena, które po łacinie brzmiało: „Post coitum omne animal triste est”. Po stosunku wszelkie stworzenie jest smutne. Pamiętał też ciąg dalszy: „sive gallus et mulier”. Z wyjątkiem koguta i kobiety. – Czy między nami a zwierzętami jest taka różnica jak między wami a nami?
Adam się uśmiechnął. Pił już trzecią filiżankę mocnej kawy. Przed każdym łykiem wciągał do nosa aromat napoju, jakby chciał go dobrze zapamiętać.
– Wam jest dużo bliżej do ryjówki niż nam do was.
– Tak? Ale jednak teraz przekazujesz mi waszą mądrość i ja rozumiem.
Adam się zaśmiał i przyjaźnie poklepał Jana po ramieniu.
– Przynajmniej częściowo rozumiem – poprawił się Jan.
– Nie przekazuję ci żadnej naszej mądrości. Przekazuję ci to, co każdy może przeczytać w książkach albo w internecie. Mówię ci o tym, do czego doszli wasi uczeni. Spójrz na mnie. Jestem taki jak ty. Posługuję się ludzkim mózgiem i ludzką wiedzą, tyle że dużo sprawniej niż większość ludzi. Ale co to za różnica? Genialna żaba nie byłaby bardziej zdolna od przeciętnych żab do zrozumienia tego, co ty wiesz o żabach. A co dopiero tego, co wiesz o ludziach.
Jan patrzył na samotną kobietę, która siedziała przy stoliku w przeciwnym kącie, niedaleko drzwi do toalety. Była stara i tęga. Miała moherowy beret w różowym kolorze na siwej głowie. Nie miała wykształcenia. Nie była inteligentna. Jadła ciasto z kremem. Czy bała się śmierci? Czy jadła słodkie, żeby zapomnieć? Czy chodziła do kościoła ze strachu przed życiem i przed śmiercią?
Jana olśniło. Odpowiedzi Adama przytłaczały go do tej pory, ale teraz nagle mu ulżyło. Zaśmiał się.
– Wiem, co masz na myśli. Na wszystkie pytania człowieka możesz odpowiedzieć tylko w taki sposób, w jaki człowiek może odpowiedzieć sam sobie, bo innych odpowiedzi nie zrozumie.
Adam tylko się uśmiechnął, a Jan zastanawiał się, jakich odpowiedzi Adam udzieliłby starej kobiecie jedzącej ciasto z kremem? Chyba widywał ją na nabożeństwach. Być może nawet ją spowiadał.
– Czy istnieje wolna wola? – zapytał swobodniej, tak jakby chciał przeciągnąć intelektualną zabawę.
– Jesteście przewidywalni jak prosty automat.
– Bóg dał człowiekowi wolną wolę. Może wybierać między dobrem a złem.
– Człowiek zawsze wybiera to, co uznaje za dobre, nawet kiedy wie, że to jest złe.
– Nielogiczne.
– Gdybyście byli logiczni, nie bylibyście ludźmi.
– Czy świadomość może przetrwać śmierć mózgu? Skoro się mieści w tych… mikrotubułach.
– W pewnych warunkach. Ale tylko czysta świadomość własnego ja.
– Co to znaczy czysta?
– Bez wspomnień, wrażeń, uczuć, doświadczeń. Bez tego, co nazywacie wiedzą.
– Ale z sumieniem – powiedziała Magda.
Adam położył prawą rękę na jej lewej dłoni.
– Czysta świadomość i sumienie stają się jednym.
Po wyjściu z cukierni Adam i Magda odprowadzili Jana na ulicę Kościelną. Przestało siąpić. Światło lamp ulicznych odbijało się od mokrych jezdni i chodników. Przystanęli przed plebanią.
– Jeszcze tylko jedno pytanie – powiedział ksiądz Jan nieswoim głosem, kiedy podali sobie ręce. Był śmiertelnie poważny. To już nie była intelektualna zabawa. – Ostatnie. Czy Bóg istnieje?
Adam popatrzył na niego badawczo. Przez parę sekund zachowywał powagę, a potem się uśmiechnął łagodnie.
– Gdyby Bóg istniał, nie trzeba by go było wymyślać. Cytuję Woltera – dodał po chwili na widok miny Jana i zaśmiał się na cały głos.
Następnego dnia koło południa siostry zawiadomiły wikarego, że Magdy nigdzie nie ma. Ksiądz Jan pojechał na ulicę Piekary. W mieszkaniu Mariana na poddaszu komunalnej kamienicy ziało pustką. Drzwi były otwarte. Adam nie zostawił żadnej wiadomości. Odszedł, tak jak zapowiedział. Razem z Magdą. Zabrał ją do lepszego świata.
Wieczorem wikary zdzwonił się z księdzem Łukaszem. Ksiądz Łukasz powiedział, że zdaniem biskupa Kani tak jest dla wszystkich najlepiej. Ksiądz Jan został poproszony o dyskrecję.
Trzy dni później rolnik ze wsi Wyszyny doniósł, że na jego polu pojawiły się kręgi. Całe połacie kukurydzy były wygniecione. Reporter lokalnej gazety pojechał na miejsce zdarzenia. Za Stróżewem była chlewnia i wywalano gnój. Smród dostał się do wnętrza samochodu. Zatykając nos, reporter pokonał jeszcze kilometr, przejechał przez rozjechanego lisa i zobaczył smętne pole, którego szukał. Sfotografował zjawisko i wysmażył artykuł. Burmistrz Mierzwa przeczytał i polecił magistrackiemu urzędnikowi wykorzystanie przeczytanego do promocji miasta.
Komendant Zenon Gapiński nie dał się nabrać. Bambrowi nie opłacało się zbierać kukurydzy, która latem uschła, a jesienią zgniła, więc wygniótł ją kombajnem, żeby wyłudzić odszkodowanie.


czwartek, 28 grudnia 2017

Rozdział 36/38


Rafał Milczewski oglądał w swojej willi pogrzeb cudaka i pił koniak. Nic nie jadł. Nie miał apetytu. Okazało się, że to nie jest woreczek żółciowy, tylko nowotwór trzustki. Kiedy pojawiają się objawy, na skuteczne leczenie jest za późno. Objawy się pojawiły.
Po co miał życie? Co z nim zrobił? Kiedy pomyślał o górach jedzenia, które w ciągu sześćdziesięciu lat zamienił w góry nawozu, brało go na wymioty. Z nawozu powstałeś, w nawóz się obrócisz.
Twoja ojczyzna jest jak ty sam. Im więcej o niej wiesz, tym bardziej się jej wstydzisz. Było za późno na poprawę. Powinien był wcześniej odejść, ale dokąd? Kiedy się wejdzie zbyt wysoko, to nie można po prostu zejść, można tylko spaść. W polityce jest jak na statku. Rzygać się chce, a wysiąść nie ma jak.
Demonstracje przeciwko rządowi i prezydentowi nie ustawały. Jedni wołali o wolność, praworządność i demokrację, drudzy krzyczeli, że rząd ich ocyganił, pożydził i nie chce dawać. Rafał Milczewski powiedział premier Giez, żeby poszukała kogoś, kto za tym stoi. Tłustego kozła ofiarnego z dobrym nazwiskiem. Kogoś z pierwszej setki, może nawet z pierwszej dziesiątki. Kogoś, kto ma wystarczająco dużo władzy i pieniędzy, żeby wrogowie przyklasnęli, a przyjaciele załamali ręce i nic nie zrobili. Premier Giez kiwnęła głową.
– Poza tym trzeba mówić, że demonstrują pewne grupy.
– Jakie grupy? – zapytała Renata Giez.
Milczewski pamiętał, jak w swoim czasie komunistyczna władza nazywała opozycjonistów, to znaczy ludzi takich jak on.
– Grupy złożone z określonych elementów. Którym zależy na dekonstrukcji narodu – dodał coś z nowszego repertuaru. – Obowiązkowo finansowane z zagranicy. Najlepiej przez bogatych Żydów, imamów, ateistów, wrogów katolicyzmu. Ich celem jest zniszczenie Polski przez zniszczenie Kościoła, bez którego Polska nie może istnieć, dlatego rząd będzie Kościół wspierać i odrąbie podniesioną rękę.
Milczewski nie musiał Renacie Giez mówić, że rząd będzie Kościół wspierać i odrąbywać podniesione ręce. Nie tylko rządowi, ale i opozycyjni politycy, nie tylko politycy, ale i urzędnicy, nie tylko urzędnicy, ale i nauczyciele, prokuratorzy, sędziowie, artyści, biznesmeni, wszyscy byli pomni na przykazanie, że Kościołowi w Polsce można wchodzić tylko w dupę albo w drogę i wszyscy woleli to pierwsze.
Gdyby Milczewski miał ostatnie życzenie, to chciałby przed śmiercią zobaczyć, jak Kościół dostaje po łapach i przestaje być Kościołem władzy i pieniądza, którego się ludzie boją, a staje się Kościołem Jezusa Chrystusa, który ludzie kochają. Ale on tego nie doczeka. Nie dlatego, że ma raka trzustki. Ci, którzy nie mają raka trzustki, też tego nie dożyją. Chyba że? Chyba że.
Wracając do Renaty Giez. No, cóż, premier Giez od dawna dawała sobie radę bez niego. Coraz więcej jej publicznych wypowiedzi kazało się zastanawiać, jak można być aż tak podłym. Milczewski dobrze poznał Renatę Giez. Ona nie była taka podła. Ona po prostu była bezrozumna. I był to jeden z najważniejszych powodów, dla których została szefową rządu. Zresztą misja Renaty Giez dobiegała końca. Po niej miał przyjść ktoś trochę mniej głupi, za to dużo bardziej podły, komu Milczewski nie był potrzebny.
Renata Giez była głupawa i nie miała kwalifikacji, dlatego nadawała się na premiera populistycznego rządu. To samo można było powiedzieć o pani minister edukacji. Kto był ją zrobił ministrem, gdyby była mniej tępa? Przyszła raz do Milczewskiego z pytaniem, co zrobić z teorią ewolucji. Unia Europejska znowu przyjmie jakąś rezolucję, kiedy się zamknie usta naukowcom. Już przy paleniu wiedźm mieli zastrzeżenia. Tylko jak uczyć dzieci narodowych katolików, że człowiek pochodzi od małpy? Przecież Polacy to nie murzyni.
– Potrzebny jest kompromis – powiedział Milczewski.
– Jaki? – Minister edukacji zamrugała sztucznymi rzęsami i z trudem zmarszczyła nabotoksowane czoło.
– Taki, że Polacy pochodzą od King Konga.
Minister edukacji wyszczerzyła implanty. Miała słabą szczękę, musieli jej przeszczepiać kość z biodra.
Ministrowi środowiska Żołądziowi Milczewski powiedział, żeby wyręby Puszczy Białowieskiej, ostatniego skrawka pierwotnego lasu w Europie, uzasadnił potrzebą ochrony przyrody przed ekologicznymi terrorystami.
– Aha. I trzeba zakazać polowań – dodał obserwując twarz ministra środowiska. Żołądź miał taką minę, jakby wytarł sobie dupę jeżem.
– Żartujesz, kurwa!
Milczewski potwierdził, że żartuje, kurwa, uśmiechając się półgębkiem na dźwięk rechotu ministra, który brzmiał jak chrumkanie zadowolonego odyńca.
Już bez żadnej suflerki ze strony Milczewskiego rząd złotymi ustami Żołądzia nie tylko odżegnał się od walki ze smogiem spowijającym polskie miasta, ale otoczył rzeczony smog opieką jako zjawisko rodzime, narodowe i powszechne. Żołądzia poparł minister zdrowia, pisząc na Twitterze, że od smrodu jeszcze nikt nie umarł.
Idąc za ciosem, rząd z fanfarami wypowiedział międzynarodowy traktat o redukcji emisji dwutlenku węgla. Minister gospodarki Gorywoda na konferencji prasowej triumfował, skandując jak dzieciak: „Yes! Yes! Yes!”. Gorywoda to był taki brat-łata, co zamiast przeczytać artykuł o funkcjonowaniu gospodarki, wolał zobaczyć, jak wygląda w mini spódniczce dupiasta celebrytka. Wraz z ministrem gospodarki Gorywodą kupa ludzi się ucieszyła. Ich radość przypominała radość człowieka pędzącego samochodem ku przepaści na wiadomość o tym, że nie musi hamować.
Milczewskiemu było wszystko jedno. Nie miał rodziny, miał sześćdziesiąt lat i paskudnego raka. Uważał się za dobrego psychologa, ale jednak nie wiedział, co myśleć o stanie umysłu tych wszystkich rajdowców, co wieźli dzieci i wnuki na tylnym siedzeniu. Wyglądało to na solidnie rozszerzone samobójstwo. To akurat Milczewski rozumiał. Jak już umierać, to nie samemu, tylko ze wszystkimi. Najgorsze w śmierci jest nie to, że się umiera, ale to, że inni będą żyli dalej.
Ministrowi transportu Kolasie poradził, że jak nie wie, co robić, to niech zmieni organizację ruchu z prawostronnego na lewostronny. Kiedy Kolasa patrzył na niego zamyślony, Milczewski dodał, że nie od razu, na początek tylko ciężarówki.
Z tego Kolasy to też był niezły model. Taki prawie ekolog. Projektował w najbliższej przyszłości przesiadkę z samochodów spalinowych do elektrycznych. W Polsce, gdzie prąd elektryczny produkuje się ze spalania najpodlejszej jakości węgla. Gdyby tutaj ktoś wyhodował kozę, która karmi się odpadkami z plastiku, to i tak by srała plastikowymi bobkami. A znając tutejsze warunki, więcej by wysrała, niż zjadła.
Minister spraw zagranicznych Trzetrzelewski oświadczył na konferencji prasowej, że ochrona środowiska to wymysł lewaków z Unii Europejskiej. Zrobił to na drugi dzień po tym, jak Milczewski udzielił mu tej samej rady co ministrowi spraw wewnętrznych: zerwać stosunki dyplomatyczne z rzeczywistością i rozsądkiem, największymi wrogami władzy. Skoro się zrywa stosunki z cywilizowanym światem. Żadna strata. Polska obchodzi świat akurat tyle, co Korea Północna bez broni atomowej. Co przeciętny mieszkaniec Stanów Zjednoczonych albo Francji wie o Polakach? Że jedzą żużel i piją wódkę dupami.
Minister spraw wewnętrznych Płaziński podziękował Milczewskiemu za dalekowzroczność. Ogrodzenia z drutu ostrzowego na granicach, których zbudowanie dla efektu propagandowego Milczewski parę lat temu zaproponował, zaczęły spełniać ważną funkcję. Oficjalnie postawiono je po to, żeby ci nieliczni, którzy chcieli przyjechać do Polski, nie mogli tego zrobić. Teraz dzięki tym ogrodzeniom ci liczni, którzy chcieli z Polski wyjechać, nie mogli tego zrobić.
Żegnając się już z życiem politycznym i przy okazji każdym innym, Milczewski wziął na bok ministra kultury Maksymiliana Dudka i wyjaśnił mu na odchodnym w paru żołnierskich słowach, żeby dał sobie siana z tą całą kulturą. Olać literaturę, muzea, kino, teatr, filharmonię. To są bzdury. Liczy się disco polo, kiczowate koszulki z patriotycznymi nadrukami, obciachowe szaliki, ludowe festyny i gale piosenki biesiadnej. Im głupsza ideologia, tym prostszych środków wymaga. Trzeba krzewić kulturę w taki sposób, żeby wyrósł porządny busz.
Dudek patrzył na Milczewskiego i marszczył usta, bo nie był pewien, czy dobrze rozumie. Jedno wiedział na pewno: nie wolno dopuścić do tego, co stało się na Zachodzie. Dudek bywał za granicą. Był w Niemczech, Francji, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii, a nawet we Włoszech. Na licach wielokulturowy, wielorasowy tłum. Na jednej ulicy meczet, bóżnica i zbór protestancki. Widział ziejące pustką kościoły, widział chrześcijaństwo w zaniku, powszechną laickość. To po to dwa tysiące lat temu apostołowie poświęcali życie dla szerzenia chrześcijaństwa? Po to ci wszyscy męczennicy krzyżowani i rzucani lwom na pożarcie? Po to były wyprawy krzyżowe? Po to setki lat trwały rzezie pogan i nawracanie ogniem i mieczem? Po to ludobójstwo Indian? Po to mnisi pościli i umartwiali się, mieszkając w celach, gdzie nie mogli się wyprostować? Po to modlące się o świcie na zimnych posadzkach zakonnice? Po to grube tomy świętego Tomasza i świętego Augustyna? Po to katedry i bazyliki? Notre Dame, katedry w Mediolanie, Florencji, Kolonii, Canterbury, Sewilli. Bazylika świętego Piotra w Watykanie, Hagia Sophia w Konstantynopolu. Po to „Stworzenie Adama” Michała Anioła. „Ostatnia Wieczerza” Leonarda da Vinci. „Requiem” Mozarta. To wszystko psu w dupę?
Tak rozmyślał Maksymilian Dudek, tymczasem Milczewski był już od tego koniaku trochę pijany. Lubił być trochę pijany, ale nie za bardzo. Zwykle dopiero na drugi dzień się dowiadywał, że jednak był pijany bardziej niż trochę.
Farsa zbliżała się do finału. Każda farsa prędzej czy później musi mieć finał, o czym zanadto wciągnięci w fabułę aktorzy i widzowie zapominają.
Prokuratorowi generalnemu Milczewski nie musiał nic mówić. Ten wiedział, co robić. W obecności rządowych kamer przeznaczył niewielką sumę na cele dobroczynne. Kiedy jeszcze nie był w rządzie, ale pobierał dużo wyższą gażę w euro jako poseł do Parlamentu Europejskiego, nikomu nic nie dał. Milczewski podziwiał talent polityczny tego człowieka, który potrafił z taką łatwością zamienić skurwysyństwo w dobry uczynek. Wprawdzie skutkiem ubocznym była zamiana dobrego uczynku w skurwysyństwo, ale kto by się tym przejmował?
Chyba jednak nie żałował, że poszedł do polityki. Zawsze fascynował go ten moment, kiedy kłamstwo zaczyna działać i uznaje się je za prawdę. Albo jeszcze inaczej. Kiedy kłamie się tak długo, aż prawda traci znaczenie i ludzie mogą już tylko wybierać między kłamstwem, które im się podoba, a kłamstwem, które im się nie podoba. Do tego została sprowadzona populistyczna demokracja.
Wypił pół butelki. Lekarstwo, które niczego nie leczy. Dobre na wszystko.
Zaczęło padać. Deszcz pukał w parapet. Milczewski miał w przeglądarce internetowej prognozę pogody dla Warszawy na teraz i na jutro. Sprawdzała się tylko prognoza na teraz, i to też nie zawsze, bo redaktor kopiował dane z instytutu meteorologii, zamiast wyjrzeć przez okno.
Był pijany i czytał w internetowym tabloidzie o tenisistce Lewandowskiej, która wygrała turniej. O jej kreacjach, fryzurze, zakupach, imprezach, nowym samochodzie i partnerze. Tenisistka Lewandowska była sławna nie dlatego, że ludzie interesowali się tenisem, tylko dlatego, że wygrała dużo pieniędzy. Ludzi gówno obchodził tenis.
Czuł, że jak wypije jeszcze dwa kieliszki, to mu będzie niedobrze. Ale wypił i dalej czytał internetowy tabloid. O młodym mężczyźnie, którego znudziła praca w korporacji, więc teraz wędruje po górach i robi zdjęcia. O młodej kobiecie, którą znudziła praca w korporacji, więc pojechała w podróż dookoła świata i napisała o tym książkę. O kobiecie w średnim wieku, którą znudziła praca w korporacji, więc kupiła dom nad jeziorem i uprawia lawendę. O mężczyźnie w średnim wieku, którego znudziła praca w korporacji, więc przeprowadził się na wieś i hoduje pszczoły.
Kiedy szedł, zataczając się, do łazienki, żeby się wyrzygać, Rafał Milczewski uświadomił sobie, że znudziło mu się życie, więc umrze i napisze o tym książkę.

Ewa Jungowska i Tadeusz Nowak siedzieli w salonie rezydencji Ewy Jungowskiej i śledzili w telewizji uroczystości pogrzebowe na Powązkach. Jungowska sama ugotowała obiad. Nie była dobrą kucharką, ale Nowak się nie skarżył, bo nadrabiała w łóżku. Wkładała majtki, w których było jej najbardziej do twarzy. Pili wino, siedząc na sofie. Jungowska opierała głowę na jego ramieniu, Nowak przygarnął ją do siebie. Jungowska już się nie bała Ostrowskiego. Zastanawiała się, jak Tadeusz Nowak by wyglądał w białym obcisłym golfie, który zaprojektowała, z wstawką w postaci brązowego futerka na klatce piersiowej. Nowak pomyślał, że samce alfa nie dożywają starości i że wszystko ma swoją cenę. Jednak nie lepiej być ofermą, czego dowodem była ceremonia w telewizji. Alfy i ofermy giną jak muchy. Ich pomór określa się w historii rozmaicie: z jednej strony bohaterstwo i męczeństwo, z drugiej strony mięso armatnie i ofiary uboczne. Trzeba zajmować pozycję pośrodku.
Nowak przysłuchiwał się przemówieniom polityków i arcybiskupów. Mimo różnic językowych mówili o tym samym. Mówili, jakby posiedli prawdę. Prawdy nie można posiąść, można ją tylko zgwałcić. I to właśnie robili politycy i biskupi. Gwałcili prawdę. Gwałcili ją brutalnie, gwałcili ją bez przerwy, gwałcili prawdę w dni powszednie i od święta, gwałcili w dzień i w nocy. Nowak bywał w kościele tylko służbowo, ze względu na biznes i politykę, ale zdarzało mu się słyszeć kazania młodszej generacji księży. Były równie głupie, prymitywne i niechrześcijańskie jak felietony prawicowych publicystów.
Tadeusz Nowak nie miał nic przeciwko religii jako takiej, była częścią kultury. Nowak całym sercem był za wolnością religijną. Niech sobie Kościoły głoszą swoje wierzenia. Przecież istnieją oficjalnie zarejestrowane stowarzyszenia, które twierdzą, że Ziemia jest płaska i nieruchoma, a Słońce krąży wokół niej. W czym Kościoły są gorsze? Oczywiście z zastrzeżeniem, że organizacje typu Ziemia Jest Płaska nie otrzymują ogromnych pieniędzy z budżetu państwa, nie płaci się im za propagowanie swojej ideologii w szkołach państwowych, nie wpływają na kształt ustaw i wyniki wyborów. Cywilizowana Polska była tylko marzeniem, które nigdy się nie ziści, ale Nowak lubił sobie pomarzyć, wtedy życie stawało się ładniejsze.
Jako specjalistę zarządzania biznesowego Nowaka najbardziej drażniło to, że funkcjonariusze Kościoła wykorzystywali religię, autorytet Boga i wiarę ludzi do działalności politycznej i ekonomicznej. To było wbrew zasadom uczciwej konkurencji. Jak chcesz władzy, załóż partię. Jak chcesz pieniędzy, załóż firmę. Nie sprzedawaj niewidzialnego Boga i życia wiecznego po śmierci i nie mów ludziom w imieniu Boga, co im wolno, a czego nie wolno.
Tadeusz Nowak o mało się nie zachłysnął winem na myśl o tym, że Jezus, słuchając polskich arcypasterzy, przewraca się w grobie.
Co Nowak myślał o odwróceniu się Polski od Zachodu i zwrocie na Wschód? Jego zdaniem Polacy przypominali Izraelitów, którzy zmęczyli się w drodze do ziemi obiecanej i postanowili wrócić do domu niewoli. Przez dziesiątki lat Polacy i inne narody środkowej Europy żyli w piekle. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności wyszli z piekła i ruszyli do raju. Szli w znoju do raju, szli latami, a raju wciąż nie było widać. Wkoło wszystko stawało się inne, obce, fałszywi Mojżesze zohydzali dotychczasowy szlak i obiecywali inny, rosło poczucie zagubienia. Wreszcie wędrowcy stanęli, zmęczeni i przestraszeni.  Wybrali na przewodnika jednego z fałszywych Mojżeszów, zawrócili i ruszyli z powrotem do piekła.
W tym momencie Nowak przypomniał sobie jedną rzecz. Był kiedyś w zarządzie korporacji sprzedającej niezdrową żywność. Sprzedaż niezdrowej żywności przynosiła tak duże zyski, że większość pracowników zarabiała wystarczająco dobrze, żeby było ich stać na kupno zdrowej żywności. Czemu mu się to teraz przypomniało? Nie wiadomo. W każdym razie wino, które pił, zrobiło się kwaśne, chociaż nie zawierało siarczynów.
To było dobre wino. Tak jak książka, którą czule pogłaskał po grzbiecie. On będzie czytać o filozofii Hegla, podczas gdy ciemne masy, przypochlebnie nazywane przez populistów suwerenem, będą "szczekać po rowach". Cytat z Gombrowicza.
Nowak chciałby mieć syna, z którym będzie się bawić. Tęsknił do tego, żeby na chwilę odtworzyć swoje szczęśliwe dzieciństwo. Czy Jungowska mogła zajść w ciążę? W razie czego wyjadą za granicę i zrobią tam in vitro. Tutaj i tak nie było przyszłości. Jak nazwał Polskę, która świeżo odzyskała niepodległość po stu dwudziestu latach zaborów, prezydent Niemiec Hindenburg? Saisonstaat. Państwo sezonowe.


czwartek, 21 grudnia 2017

Rozdział 35/38


Jan przyjechał parę minut po dziesiątej i zostawił samochód na poboczu. Adam i Magda dotarli do tego miejsca pieszo. Tutaj kończyło się miasto. Wspięli się na wysoki nasyp kolejowy, skąd było widać łąki i stawy po drugiej stronie, a dalej las.
Przekroczyli tory i zeszli ścieżką w dół. Szli drogą pośród łąk i groblą między stawami. Drobna, dziewczęca Magda z dwoma rosłymi brodaczami. Pachnąca jesień ogrzana przymglonym słońcem. Zwiędła trawa, jeszcze mokra po nocy, parowała. Nie było wiatru, powietrze było słodkie. Gładkie stawy odbijały niebo. Na mniejszym pływały kaczki.
– Adam nie jest stąd – powiedziała Magda. – Adam jest inny.
Jan domyślał się tego. Wiedział od początku.
– Kim jesteś?
Adam zatrzymał się. Na środku drogi siedziała żaba. Senna i osowiała po chłodzie nocy. Zbliżał się dla niej czas, żeby zagrzebać się w mule na dnie stawu i spać do wiosny.
– A gdybyś teraz przybrał postać żaby, zachowując swoją ludzką naturę, i inna żaba zapytałaby cię, kim jesteś, to co byś odpowiedział?
Jan milczał. Zastygła w słabym jesiennym słońcu żaba była tak zobojętniała, że nie ruszyła się z miejsca na widok zbliżających się nóg. Musieli ją obejść dokoła.
Dopiero teraz Jan zauważył, że Adam zupełnie zatracił obcy akcent i początkową niezdarność sformułowań. Wypowiadał się płynnie i swobodnie, miał dobrą dykcję i naturalną wymowę. Przegapił moment, kiedy zaszła ta zmiana. A może przemiana nastąpiła stopniowo i nie dało się takiego momentu zauważyć.
– Nie mogę ci powiedzieć, kim jestem, tak jak ty nie mógłbyś powiedzieć żabie, kim jesteś, tak aby cię zrozumiała. Przeczytałem książki w bibliotece prymasa. Waszym teologom łatwiej wytłumaczyć, kim nie jest Bóg, niż kim jest. Łatwiej określić, jaki nie jest, niż jaki jest.
Jan o tym wiedział. Studiował te rzeczy w seminarium duchownym. Chodził na wykłady z teologii.
– Nie jestem taki ja wy. Należę do gatunku istot o bardzo starej i wysoko rozwiniętej inteligencji. Zgromadziliśmy wiedzę, której wy nigdy nie zdobędziecie. Potrafimy czynić rzeczy, których nie umiecie sobie nawet wyobrazić. Dla was jesteśmy jak Bóg.
– Czy jesteście nieśmiertelni i wszechmocni?
– W takim sensie, w jakim wy jesteście nieśmiertelni i wszechmocni z punktu widzenia żaby. Oczywiście gdyby żaba znała takie pojęcia. Według ziemskiej rachuby żyjemy tak długo jak biblijny Matuzalem. Ale nasz czas biegnie inaczej.
– Czy tam coś jest? Po śmierci. Skoro nawet wy w końcu umieracie. Niebo i piekło. Jestem kapłanem. To dla mnie ważne.
– Jest zmarszczka na horyzoncie zdarzeń. Zmiana zapisana w promieniowaniu, dla którego nie istnieją kategorie czasu i przestrzeni. Fluktuacja tworząca hologram, która nigdy nie zginie, nawet z końcem cyklu, i zostanie przekazana do kolejnego eonu. Pamiętasz naszą rozmowę nad Jeziorem Strzeleckim?
Adam zwrócił się do Magdy, która szła w milczeniu i słuchała, wdychając przywiędłą słodycz odludzia. Kiedyś chyba wędrowała tędy z tatą, ale nie była pewna.
– Przypominam sobie. Mówiłeś wtedy, że każdy człowiek ma sumienie. Ja powiedziałam, że nie każdy.
– A ja na to odpowiedziałem, że dla takiego człowieka lepiej by było, żeby się nie narodził. Rozumiesz?
– Tak.
Spłowiała łąka była upstrzona kretowiskami. Czuło się woń czarnej, wilgotnej ziemi. Łabędzie pływające po większym stawie skryły się w uschłych trzcinach.
– Czy przedtem nas odwiedzaliście? Czy przybywali wysłannicy? – zapytał Jan.
– Wiele razy.
– Kiedy po raz ostatni?
– Ponad dwa tysiące lat temu.
– Szmat czasu. Dużo się od tamtej pory zmieniło.
– Dla nas to tylko dwa pokolenia. I nic się nie zmieniło. Jesteście tacy sami jak dwa tysiące lat temu.
– Nie zmieniliśmy się?
– Nie.
Janowi przypomniał się protest-song pod tytułem „Eve of Destruction” z lat sześćdziesiątych. O bombie atomowej. O ciałach płynących rzeką Jordan. Możesz stąd wylecieć w kosmos, ale kiedy wrócisz, zastaniesz to samo miejsce. Bicie w bębny, dumę i wstyd. Miejsce, gdzie każdy przeżyty dzień jest dniem przed zagładą.
– Czy kiedyś będziemy jak wy? – zapytał. – Czy staniemy się jak bogowie?
– Nie zdążycie. Nie zdążylibyście nawet wtedy, gdybyście mogli przetrwać do końca obecnego cyklu. Ale nie przetrwacie. To są wasze ostatnie chwile.
– Chcesz powiedzieć, że wymrzemy jak dinozaury sześćdziesiąt milionów lat temu?
– Nie pochlebiajcie sobie. W porównaniu z dinozaurami jesteście efemerydą, jednodniową jętką.
– Dlaczego w takim razie dinozaury nie zbudowały cywilizacji? Dlaczego nie rozwinęły inteligencji, mając tak wiele czasu?
– Inteligencja jest rzadkim zjawiskiem, powstaje przez przypadek. Nie jest celem natury ani normą.
– Trzeba szczęśliwego trafu?
– Szczęśliwego? Naprawdę myślisz, że powstanie człowieka jest szczęściem dla tej planety? Gdyby dinozaury zbudowały cywilizację, wymarłyby o wiele szybciej. Ich inteligencja doprowadziłaby je do zagłady na długo przedtem, zanim zniszczyła je sama natura za pomocą komet i erupcji wulkanicznych. Gdyby ludzie zostali małpami, przetrwaliby milion lat dłużej. Kiedy ludzkość wyginie, wasi bracia szympansy będą jeszcze żyli setki tysięcy lat, w taki sam sposób jak żyli milion lat temu.
– Jak wam się udało?
– Powstaliśmy w szczególnym, uprzywilejowanym rejonie wszechświata. Nie było rozbłysków gamma, omijały nas komety i asteroidy. Zdarzyło się tylko jedno wielkie wymieranie, na samym początku drogi, i nawet ono nam sprzyjało.
– Dlaczego nie zginęliście przez swoją inteligencję?
– Nasza inteligencja przekształciła się w mądrość.
– A nasza nie przekształci się w mądrość?
– Nie.
– Dlaczego?
– Ponieważ od początku skazani jesteście na zagładę. Wasza teologia nazywa to predestynacją.
Jan milczał. Rozglądał się. Ani drzewom, ani trawie, ani ptakom, ani rybom ludzie nie byli do niczego potrzebni. Ludzie byli potrzebni tylko samym sobie. I może jeszcze Bogu.
– Kiedy odejdziesz?
– Niedługo. Razem z Magdą.
Jan spojrzał na dziewczynę. Od momentu, kiedy ją poznał, po raz pierwszy widział Magdę szczęśliwą.
– Czy przekażesz tam to, co tutaj poznałeś? Co o nas powiesz?
– Nie zrozumiesz tego. Nie znasz pojęć, za pomocą których to przekażę.
– Więc to, co ja mówię, moje słowa, moje myśli, tam do nikogo nie dotrze.
– Nic z tego, co może powiedzieć i pomyśleć człowiek, nigdy tam nie dotrze. Ani ja nic, co pochodzi stamtąd, nie mogę przekazać tobie.
Na trawie leżała martwa ryjówka. Jej czarne futerko było mokre od mgły.
– Jak więc możemy zrozumieć Boga, skoro was nie możemy zrozumieć?
– Nie można zrozumieć inteligencji, która jest bez porównania wyższa, tak jak nie można zrozumieć inteligencji, która jest bez porównania niższa. Nigdy nie zrozumiecie ryjówki ani żaby i nigdy żaba i ryjówka nie zrozumieją was.
– Modlimy się codziennie. Czy Bóg nas usłyszy?
Adam stanął przy zbutwiałym pniu wierzby.
– Cicho! – Położył palec na ustach i pokazał czerwone pęcherzyki na zawilgłym próchnie. – Słyszysz modlitwę śluzowca?
Nasłuchiwali przez chwilę. Było cicho. Poszli dalej.
Zrobili koło i skrajem lasu wrócili do ścieżki prowadzącej do nasypu kolejowego. Patrzyli teraz z góry na miasto po drugiej stronie. Osiedle domów jednorodzinnych. Docierał do nich gryzący dym z kominów. Jak na tę porę roku było wciąż ciepło na dworze, wystarczało w domu przepalić najgorszej jakości miałem węglowym i śmieciami, oszczędzając zarazem na paliwie i na wywózce odpadków. Dalej stały bloki jak pudełka. Wyżej wznosił się Rynek otoczony kamienicami z czerwonymi i czarnymi dachami. Ze zbitej masy zabudowań sterczała kościelna wieża dzwonnicza.
– Jest jedna rzecz, która nie daje mi spokoju – powiedział Jan. – Kiedy wsiadłeś do pontonu, zostawiłeś latarkę na pomoście.
– Tak.
– Myślę, że zrobiłeś to specjalnie, żeby nas dogonili. Chciałeś się przed nami popisać czy… – Jan zauważył, że to słowo nie brzmiało dobrze, kiedy je wypowiedział. – To znaczy, czy chciałeś nam dać jeszcze jeden znak. Czy chciałeś nam udowodnić, że jesteś… – Jan szukał właściwego określenia, ale nie znalazł nic lepszego, niż słowo użyte przez Magdę – …inny?
Adam położył rękę na jego ramieniu.
– Chciałem pokazać coś przeciwnego.
– Przedziwnego?
– Przeciwnego.
Jan podrzucił Adama i Magdę w okolice Małego Rynku.


piątek, 15 grudnia 2017

Rozdział 34/38


Wieźli go na miejsce przeznaczenia.
Po drodze Cezary Ostrowski myślał o tym, w co wdepnął. Poprzednia władza po kryjomu szczała do basenu, ale obecna do basenu srała, i to z trampoliny. Ministrowie, którzy głośno deklarowali wdzięczność dla przywódcy za to, że są ministrami, po cichu tęsknili do tego, żeby nie musieli przed każdą audiencją u wodza smarować odbytu wazeliną. Tylko prezydentowi Kołatce, chociaż był z wszystkich najgłupszy i najtchórzliwszy, z racji samego stanowiska udawało się czasem mocniej ścisnąć zwieracze. Ale i jemu, i to bynajmniej nie z rzadka, ulewało się po nogach i ściekało do reprezentacyjnych włoskich butów.
Artyści, którzy olewali to, kto rządzi i jak rządzi, byle mogli rżnąć kapuchę od telewizji za prymitywne śpiewki dla nawalonych tłumów.
Pisarz kryminałów, co wił się jak glista, żeby w wywiadzie nie powiedzieć nic przeciwko rządowi, wcale nie ze strachu, że rząd go zapudłuje, bo rząd miał go w dupie, ale z obawy, że ta grupa czytelników, którym się rząd podoba, przestanie kupować jego książki i jemu nakłady i honoraria spadną. Jak to było u Dostojewskiego? Pracować się nie chce, a pieniążki miłe.
Ostrowski nie cierpiał Polski, która była jak duża wiocha. Gdzie wszyscy się znają, wzajemnie obserwują i porównują. Gdzie mówi się tylko o tym, co się w wiosce dzieje, bez przerwy plotkuje o sobie i sąsiadom dupę obrabia. Gdzie wszyscy robią to samo w tym samym czasie jak kierdel owiec. Tego samego dnia idą stadami na cmentarz z chryzantemami w doniczkach i lampkami. Tego samego wieczoru jedzą pierogi, barszcz i smażone karpie. Tego samego ranka napychają się białą kiełbasą z chrzanem i jajkami na twardo. Świat, który znajduje się poza wioską, jest nieważny, istnieje tylko wtedy, gdy można stamtąd coś przytargać do chałupy. Gdzie horyzonty i ambicje ograniczone są do wioski i najważniejszą rzeczą jest odnieść sukces w wiosce i być w niej kimś, choćby sama wioska była wrzodem na dupie świata. Jednocześnie Ostrowski kochał Polskę, tak jak się kocha rodzinną wieś, gdzie zapach gnoju wzrusza do łez, tak jak się kocha rodzinne miasteczko z pokrytymi liszajami kamienicami i bramami cuchnącymi moczem.
Zawieźli go do odrestaurowanych kazamatów komunistycznej służby bezpieczeństwa.
Dawne sale przesłuchań odnowiono i doposażono, ale istota rzeczy nie zmieniła się od czasów stalinowskich. Historyczna ciągłość sięgała o wiele dalej, co najmniej do Torquemady, żeby już nie zagłębiać się w starożytność pełną krwiożerczych tyranów. Hiszpański inkwizytor pochodził z rodziny żydowskich konwertytów i nadzorował procesy przeciwko Żydom oskarżonym o zbezczeszczenie hostii i mord rytualny. Procesy zakończyły się spaleniem świętokradców na stosie i doprowadziły do wydania dekretu o wygnaniu wyznawców judaizmu z katolickiej Hiszpanii. Część tamtych żydowskich wygnańców po długiej tułaczce znalazła przystań w Polsce. Ich potomków parę wieków później Niemcy, zarówno katolicy, jak i ewangelicy – mimo różnic doktrynalnych w tym wypadku oba chrześcijańskie wyznania znalazły wspólny język – zagazowali w Auschwitz, niedaleko królewskiego miasta Krakowa, stolicy dawnej Rzeczypospolitej szlacheckiej.
Wyznaczeni przez ministra spraw wewnętrznych instygatorzy pokazali Cezaremu Ostrowskiemu instrumenty do wydobywania zeznań.
– Jestem czysty – powiedział i w tej samej chwili poczuł, że popuścił w spodnie. Uśmiechnął się zawstydzony, lecz w jego uśmiech zaangażowała się tylko część mięśni mimicznych, jak u człowieka po udarze, a blizny na poszarzałej twarzy jeszcze się uwyraźniły.
– Przyznaję się – wychrypiał. – Co zrobiłem?
Śledczy należeli do tych pracowników, opisywanych jako ideał przez korporacyjnych specjalistów od motywowania zasobów ludzkich, którzy swoje zajęcie nie tyle za ciężki trud uważali, ile za przyjemność, z której nie zamierzali pod byle pozorem rezygnować. Ponadto zeznania złożone dobrowolnie, kiedy podsądni lekko i bezboleśnie plotą, co im ślina na język przyniesie, nie miały takiej wagi procesowej jak świadectwa wymuszone ciężkimi torturami, pouczał okólnik ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie.
Pierwszą metodą na twardogłowy upór badanego, który wpadł w jakiś stupor i zdawał się nie słyszeć pytań, był metalowy hełm z zaostrzonymi brzegami, który nałożono mu na głowę tak, żeby opierał się na uszach. Doświadczony śledczy Emil Witkowski, który pierwsze kroki w nauce zawodu stawiał jeszcze za czasów poprzedniego totalitarnego ustroju, popluł w dłonie i nie bez satysfakcji uderzył młotem w czubek hełmu, na skutek czego goblińskie uszy Ostrowskiego zostały amputowane. Blady protokolant Marciniak, odbywający staż w ramach aplikacji prokuratorskiej, zaprotokołował, że podejrzany przyznaje się do przynależności do Wielkiego Wschodu, jednej z głównych obediencji masońskich.
Mimowolny okrzyk bólu, od którego Ostrowski mimo najlepszych chęci nie potrafił się powstrzymać, skłonił badaczy ciemnych zakamarków ludzkiej duszy do włożenia mu w usta żelaznego knebla z otworem, który w razie czego mógł posłużyć do wlewania w oskarżonego dowolnej ilości wody. Na dobry początek wlano dwa litry.
Zaraz potem gołe stopy podejrzanego włożono w hiszpańskie buty, które miały formę imadła zamkniętego w metalowym pudełku. Kiedy śledczy Bogusław Kisło, wychowany już w wolnej Polsce zdolny uczeń Witkowskiego, dokręcał śruby, bez pośpiechu, najpierw na lewej nodze, potem na prawej, hiszpańskie buty zaczęły miażdżyć Ostrowskiemu stopy. Gwoli intensyfikacji wrażeń buty zawierały wewnątrz kolce. Wrażliwość na ból ma jednak swoje granice, po przekroczeniu których niewiele się czuje, toteż po maksymalnym dokręceniu śrub, metalowe buty podgrzano palnikiem. W sali przesłuchań zapachniało pieczonym mięsem.
Ostrowski już na tym początkowym etapie miał szczery zamiar przyznać się do satanizmu, ale przeszkadzał mu knebel, wobec czego przesłuchanie musiało być kontynuowane i śledczy postanowili wypróbować skuteczność kociej łapki. Kocią łapką nazywano małe, ostre grabki do zdzierania ciała z ofiary, począwszy od naskórka, przez skórę właściwą, tkankę podskórną i czerwone mięso aż do białej kości. Kocia łapka zdrapała wszystko, co było na kości udowej Ostrowskiego, który po wyjęciu knebla przyznał się oddawania czci szatanowi, a zapytany o wspólników, wymienił Kowalskiego. Dobrze wiedział, że przesłuchanie jeszcze się nie skończyło, dlatego inne nazwiska zachował na później, tak aby przez bezczelne milczenie nie doprowadzić badających do ostateczności.
Cezary Ostrowski nie należał do osób niskich, wręcz przeciwnie, charakteryzował się ponadprzeciętnym wzrostem, co zgadzało się z wynikami amerykańskich ankiet, które dowodziły, że wysocy mężczyźni zarabiają średnio więcej niż mężczyźni o przeciętnym wzroście, a jednak śledczy zdecydowali się go jeszcze bardziej rozciągnąć na długim stole. Dłonie Ostrowskiego przyczepiono z jednej strony stołu, nogi z drugiej strony stołu umocowano do mechanizmu naciągającego. Emil Witkowski zaczął kręcić korbą. Po ocuceniu podejrzany podał nazwisko drugiego masona zaprzedanego diabłu. Brzmiało ono: Wiśniewski. Ostrowski nie wymienił Tadeusza Nowaka. Nowak był starym przyjacielem, jeżeli to słowo cokolwiek znaczyło.
Widząc pierwsze owoce swojej pracy, śledczy postanowili kuć żelazo, póki gorące i sięgnęli po gruszkę. Było to metalowe urządzenie o opływowym kształcie z mechanizmem rozwierającym w środku. Gruszki doustne stosowano w przypadku bluźnierstwa, ale tego oskarżenia przynajmniej na razie wobec Ostrowskiego nie wysunięto. Gruszki dopochwowe były przeznaczone dla kobiet oskarżonych o spółkowanie z szatanem, o czym przekonała się Greta Schneider. W stosunku do Ostrowskiego wykorzystano gruszkę doodbytniczą, która sprawiła, że przyznał się do sodomii.
W obliczu takiego zepsucia przeprowadzający śledztwo uznali za konieczne oczyścić splamioną duszę podejrzanego i zgodnie z regułami sztuki zmusili go do zjedzenia paru rozżarzonych węgli i popicia ich wrzącą wodą. Zorientowali się przy tym, że nie jedli jeszcze drugiego śniadania. Grubemu Witkowskiemu burczało w brzuchu już od chwili, kiedy upiekły się stopy oskarżonego. Zrobili więc sobie przerwę, ale nie zrobili przerwy Ostrowskiemu. Przed udaniem się na posiłek, założyli mu na gardło widelec heretyka, którego ostre końcówki z jednej strony wbijały się w podbródek, a z drugiej w tchawicę, i posadzili go na żelaznym fotelu pokrytym szpikulcami, który miał z tyłu piecyk, rodzaj kozy, gdzie wrzucili resztę rozżarzonych węgli.
Kiedy śledczy wrócili po posileniu się – młody protokolant nie jadł, tylko skorzystał z toalety – zabrali się do roboty ze zdwojoną energią. Bogusław Kisło przygotował kołyskę Judasza. Razem z Witkowskim zawiesili przesłuchiwanego na uprzęży pod sufitem a potem opuszczali stopniowo na ostrą metalową piramidę. Raz i drugi Kisło spróbował szybkiego opuszczenia z większej wysokości, co spowodowało, że Ostrowski przyznał się do związków ze światowym żydostwem, w którego posiadaniu są zagraniczne banki, finansujące demonstracje pewnych grup przeciwko demokratycznie wybranemu rządowi. Po zwymiotowaniu i napiciu się wódki słowa te zaprotokołował blady jak śmierć protokolant Marciniak.
Zadowoleni śledczy postanowili skorzystać z jednej z nowoczesnych metod, stosowanych przez Amerykanów w walce przeciwko terrorystom. Tak jak za komunizmu Witkowski korzystał z metod zaprzyjaźnionego KGB, tak za demokracji sięgał po wzorce do sojuszniczego CIA. Nazywała się ta nowa metoda waterboarding. Prawdę mówiąc, waterboarding było sposobem nowoczesnym o tyle, o ile, bo korzystała z niego hiszpańska Inkwizycja pięćset lat temu. Ostrowskiego przywiązano do drabiny ułożonej pod kątem dwudziestu stopni, tak aby głowa znajdowała się poniżej stóp, i włożono mu do ust ręcznik. Śledczy Inkwizycji stosowali lniane płótno. Potem wlewano mu wodę do nosa i polewano ręcznik, który tkwił w otwartych ustach. Ostrowski zaczął się dławić i kopał nogami. Odnosił wrażenie, że tonie i dusi się. Ale utonięcie nie następowało, ponieważ dzięki przechylonej sylwetce woda nie spływała do płuc, tylko pozostawała cały czas w ustach, gardle, nosie i zatokach.
Po dziesięciu minutach Ostrowski zwariował i nie mógł już więcej myśleć ani mówić. Jeszcze tylko czuł ból. Poza tym już nic nie czuł.
Dlatego ostatnia próba zwana piłą nie wniosła do sprawy nic nowego. Pierwotnie zamiast piły miała być szczurza panika. Wkłada się kilka szczurów do wiadra i blokuje im jedyną drogę ucieczki brzuchem przesłuchiwanego. Następnie podgrzewa się spód wiadra, żeby zirytować szczury i zmusić je do ucieczki. Ratując życie, szczury przekopują się i przegryzają przez wnętrzności ofiary na drugą stronę.
Szczurów z jakichś powodów nie było, uciekły czy co, więc zrobiono piłę. Pomysł na piłę wziął się stąd, że kiedy powiesi się człowieka głową w dół, krew spływa mu do głowy i mózg jest dobrze dotleniony. Toteż kiedy śledczy Witkowski i jego najzdolniejszy uczeń Kisło piłowali krocze powieszonego za nogi Ostrowskiego, krew znajdująca się w jego głowie sprawiła, że Cezary Ostrowski nie zemdlał z bólu. Zazwyczaj piła docierała do pępka. Doświadczony w swoim fachu Witkowski jeszcze nie widział, żeby ktoś wytrzymał dłużej. Ale w przypadku Ostrowskiego piła doszła aż do splotu słonecznego, zanim ten ostatecznie stracił świadomość.