czwartek, 16 listopada 2017

Rozdział 30/38


Uzdrowiciel stał pośrodku czworoboku uformowanego przez Wojów Warszawy. Otoczony przez mężczyzn w różnym wieku, nierównego wzrostu i zróżnicowanej tuszy, przebranych w historyczne kostiumy z przytwierdzonymi do ramion skrzydłami husarskimi, był niewidoczny z zewnątrz.
W przewidzianym programem uroczystości momencie formacja wojów ze swojej pozycji na tyłach ruszyła środkiem w kierunku ołtarza. Oczy zebranych zwróciły się na nich. Jednocześnie troje kalekich ludzi na wózkach, którzy stacjonowali na uboczu, zaczęto pchać w stronę wolnej przestrzeni przed ołtarzem.
Kiedy maszerujący woje byli mniej więcej w połowie drogi do ołtarza, rozległ się z tyłu ochrypły krzyk agenta Bogdana Prusaka:
– Padnij! Na ziemię!
Komenda została powtórzona przez Sławomira Guźca, dowodzącego Wojami Warszawy:
– Kłaść się! Padnij!
Wojowie Warszawy tak sprawnie i zgodnie rzucili się na ziemię, jakby nigdy nic innego nie ćwiczyli. W środku został osamotniony i zdezorientowany uzdrowiciel w paradnych szatach.
Agenci pułkownika Bolki nie reagowali. Czekali.
Uzdrowiciel odwrócił się do Bogdana Prusaka. Zobaczywszy wymierzony w siebie karabinek, zmartwiał i zesztywniał. Prusak chciał jeszcze zawołać: Allahu akbar!, ale głos uwiązł mu w krtani. Był zaskoczony. Pomazaniec się nie ruszał. Strój cudotwórcy przypominał szaty najwyższego dostojnika kościelnego. Miał na głowie czerwony kaptur haftowany w białe krzyże. Prusak się zawahał.
Siedzący najbliżej goście, którzy po pierwszym okrzyku tylko się obejrzeli, a po drugim podnieśli z miejsc, żeby lepiej zobaczyć, na widok leżących na ziemi wojów i gotowej do strzału broni pochowali się pod krzesła.
Agenci wciąż czekali.
– Adam! Uważaj! – krzyknął Marian, który siedział na skraju, najbliżej przejścia, kilka kroków od mężczyzny celującego z broni, i bez namysłu porwał się w stronę zamachowcy.
Na dźwięk imienia Adam Magda również zerwała się z miejsca, za nią podniósł się ksiądz Jan.
Prusak obejrzał się i strzelił. Marian wzdrygnął się, jakby go osa ukąsiła, i runął na ziemię. Prusak znowu wycelował karabinek w pomazańca, który stał nieruchomo jak słup soli, i strzelił po raz drugi. Tamten ze zdziwionym wyrazem twarzy, rozwarłszy szeroko ciemnobrązowe oczy, osunął się na kolana i zaraz potem przewrócił do przodu, twarzą w dół.
Snajperka zwana Aniołem Śmierci, usytuowana w dyskretnym miejscu z dobrym polem widzenia, która już od pewnego czasu miała Prusaka na muszce, nacisnęła spust zaraz po tym, jak cudotwórca został trafiony. Strzał był łatwy. Obiekt nie miał na głowie hełmu. Gdyby miał, strzał byłby trudniejszy. Trochę. Kula przeszyła mózg Bogdana Prusaka. W nagłej jasności, która trwała ułamek sekundy, zobaczył hurysy w ogrodzie. Potem nastała zupełna ciemność.
Na wszelki wypadek Woje Warszawy leżeli bez ruchu. Magda podbiegła do Adama. Nie dawał znaku życia. Podniosła jego głowę. Chciała go pocałować, przytulić.
– To nie jest…!
Do akcji wkroczyli agenci, ochroniarze i umundurowani funkcjonariusze. Silne ramiona chwyciły Magdę i odciągnęły na bok. To samo spotkało księdza Jana, który pochylił się nad Marianem. Marian miał otwarte oczy, ale nie mógł wydobyć słowa. Patrzył na wikarego, jakby go nie poznawał. Ksiądz Jan zdążył tylko powiedzieć: – Panie Marianie. Niech pan się trzyma.
Idąc w ślady Sławomira Guźca Woje Warszawy powstali i bez zachowania szyku, w rozsypce, wycofali się na tyły. Ofiary strzelaniny zostały otoczone kordonem funkcjonariuszy. Stojący w pogotowiu ambulans podjechał bliżej. Podbiegli medycy z noszami i szybko wynieśli postrzelonych.
Ochroniarze i porządkowi zaprowadzali ład i porządek na widowni. Wzywali do zachowania spokoju. Uzbrojeni funkcjonariusze rozkazywali wszystkim pozostać na miejscach. Ksiądz Jan i Magda usiedli na swoich krzesłach. Krzesło Mariana pozostało puste.
Jakiś oficjel z pierwszego rzędu w towarzystwie wysokiego rangą oficera podszedł do głównego celebransa. Zamienili z nim kilka zdań. Prowadzący nabożeństwo hierarchowie naradzili się. Celem zapobieżenia wybuchowi paniki i ewentualnym dalszym ofiarom uroczystość musiała być kontynuowana. Opiekunowie odprowadzili niepełnosprawne osoby na wózkach z powrotem w wyznaczony rejon z boku ołtarza. Zaczęła się liturgia eucharystii.
– To nie był Adam! – Magda powtarzała roztrzęsiona. – To nie był on!
– Cicho. Spokojnie. – Ksiądz Jan objął Magdę pocieszająco. – Jesteś pewna?
– Widziałam twarz z bliska. Co z Marianem?
– Żył. Chciał coś powiedzieć. Karetka go zabrała.
– Ale jeśli to nie był Adam, to kto to był? I gdzie jest Adam?
– Nie wiem, Magdo. Pomódlmy się za nich.
Przed ołtarzem przyjmowali komunię z rąk biskupów najważniejsi goście z pierwszych rzędów, cała ta zgraja faryzeuszy: pan prezydent, pani premier, ministrowie, marszałkowie sejmu i senatu, luminarze działalności religijnej, gospodarczej, kulturalnej i naukowej.
W trakcie Uczty Pańskiej prezydenta Kołatkę spotkała przygoda, podczas której głowa państwa wykazała się szybkim refleksem i przytomnością umysłu. Zamiast tradycyjnie otworzyć usta i wysunąć język, tak aby szafarz komunii mógł na nim położyć hostię, prezydent Kołatka postanowił przyjąć komunię na rękę. W trackie licznych wycieczek zagranicznych widział, że tak się praktykuje na Zachodzie. Złożył więc dłonie i wyciągnął przed siebie. Kiedy szafarz komunii położył hostię, powiał silniejszy wiatr i porwał ją w powietrze. Prezydent Kołatka rzucił się w pogoń i klapnięciem rąk złapał opłatek w locie, niczym motyla, nim ten osiadł na bruku.
Uznano to za mały cud, który do pewnego stopnia zrekompensował tragiczne wydarzenia tego dnia. Cud był mały, ale wrażenie zrobił wielkie, zwłaszcza po rozpropagowaniu przez rządowe media, toteż Kołatka stał się ulubieńcem starszej generacji wiernych. Odtąd każdemu jego publicznemu pojawieniu się towarzyszyła grupa siwowłosych pań niosących plakat, który mówił: „Błogosławione łono, które cię wydało. Błogosławione piersi, które ssałeś”.
Tak jak większość uczestników mszy ksiądz Jan i Magda przyjęli komunię nie przed ołtarzem, ale w przejściu, gdzie stanęło kilku księży ze złotymi kielichami.
Potem klęcząc, modlili się o życie i zdrowie dla Mariana i Adama.


czwartek, 9 listopada 2017

Rozdział 29/38


Kiedy proboszcz Madej zobaczył zaproszenie na uroczystość intronizacji w Warszawie wystawione dla księdza Jana, w pierwszej chwili mimowolnie się wykrzywił.
– Ogromny zaszczyt – powiedział tonem, który mówił, że trudno, jak mus, to mus. Nie uśmiechało mu się odprawianie samemu wszystkich niedzielnych mszy. Będzie musiał poprosić o wyrękę wikarego z Szamocina. Odwdzięczy się dobrym obiadem. Zwłaszcza że księdza Jana na obiedzie nie będzie.
– Sam byłem zdziwiony – przyznał ksiądz Jan.
Proboszcz Madej uważniej przyjrzał się zaproszeniu i zacmokał. Było podpisane przez samego prymasa.
– Ma ksiądz chody. Daleko zajdzie.
– Przez przypadek poznałem niezwykłego człowieka, który będzie ważną postacią podczas ceremonii.
– Kogo?
– Pamięta ksiądz proboszcz tego Adama, którego przyprowadził do nas Marian?
– Ba. Sam biskup po niego przyjechał. O mało zawału nie dostałem.
– Zobaczy go ksiądz proboszcz w niedzielę na uroczystości intronizacji.
– Z jakiej racji?
– Proszę oglądać transmisję w telewizji.
– Pewnie że będę oglądać. Specjalnie sumę przesunąłem, żeby parafianie mogli zostać w domach i patrzeć.
Prawdę mówiąc, proboszcz Madej zrobił to na polecenie zwierzchności. Z własnej inicjatywy rozkładu niedzielnych mszy by nie naruszał, bo to burzyło mu dzień. Proboszcz był stary, miał swoje przyzwyczajenia i nie lubił zmian. Papież Jan Paweł Drugi umarł w piątek wieczorem i ludzie przyszli do kościoła. Trzeba było otworzyć. Po dwóch godzinach nie tylko nie wyszli, ale wciąż pojawiali się nowi. Proboszcz Madej kazał im w końcu iść do domu. Było późno, chciał zgasić światła, zamknąć kościół na klucz i wreszcie iść do łóżka. To było dawno temu, był dużo młodszy, ale przed północą lubił już leżeć.
– Telewizja będzie miała największą oglądalność od czasu pogrzebu Jana Pawła Drugiego – zauważył proboszcz. – Gdyby nie niedziela, musieliby ogłosić dzień wolny. Wyobraża ksiądz sobie, ile reklamy będą kosztować?
– Nie wyobrażam sobie.
Ksiądz Jan wolał nie wspominać proboszczowi o tym, że zabiera ze sobą Magdę i Mariana i że oni też mają zaproszenia podpisane przez jego ekscelencję prymasa.
Wyruszyli nad ranem, żeby nie wydawać pieniędzy na hotel. Przed dziesiątą powinni być w Warszawie. Ceremonia miała się zacząć dopiero o jedenastej.
Magda nie kładła się spać. I tak by nie zasnęła. Próbowała czytać, ale nie mogła się skupić. Myślała o Adamie. Zobaczy go jutro.
Marian stawił się punktualnie, ubrany w nowe ubranie, które kupił w sklepie z przechodzoną odzieżą. Był trzeźwy. Mimo soboty nie wypił ani kropli. Ksiądz Jan mu zabronił. Marian mógł sobie teraz pozwolić na porządną wódkę i lepsze papierosy. Dobrze mu się powodziło, pracował w warsztacie stolarskim. Nie musiał grzebać po śmietnikach, chociaż go korciło, kiedy przechodził koło pełnych pojemników. Tyle dobra się marnowało.
Ludzie płacą za to, co kupują. Kto zapłaci za to, co wyrzucają? Wszyscy za to zapłacą. Zapłacą taką cenę, że się nie pozbierają. Spalają benzynę i narzekają, że droga. Zobaczyliby, co to znaczy droga benzyna, gdyby musieli płacić za to, co spaliny robią ze światem. Spalają węgiel i chcą, żeby był tani. Zobaczą, co to jest tani węgiel, jak przyjdzie rachunek za skutki jego spalania. A rachunek niedługo przyjdzie, do każdego. Przyjdzie na sto procent. Rachunki zawsze przychodzą. Konsumpcja zrobiła z ludzi dłużników uciekających przed zapłatą. I jak każdy dłużnik, ludzie uważali, że lepiej jest zapłacić tysiąc jutro, niż stówę dzisiaj. Kanibale, zjadający przyszłość swojego gatunku.
Od niedawna Marian chodził do biblioteki i czytał różne rzeczy w czytelni. Książek nie pożyczał, bo jeszcze mu się jakaś zawieruszy. Magda mu pokazała, jak używać komputera z internetem. Cieszył się jak dziecko, ale czasem żałował, że tam zaglądał. Poznał w życiu kupę łachmytów, ale takich rzeczy, jakie ludzie w internecie wypisywali, Marian od najgorszych mętów nie słyszał. Magda powiedziała, że to byli normalni i wykształceni ludzie. Po studiach, na stanowiskach. Dziennikarze, politycy, biznesmeni, prawnicy. Urzędnicy, informatycy, księża i nauczyciele. Marian nie wierzył. To nie mogła być prawda.
Było jeszcze całkiem ciemno, kiedy wyjeżdżali. Magda siedziała z przodu, obok kierowcy. Marian drzemał z tyłu. Alfa romeo nie był wygodnym samochodem, ale był szybki. Najpierw jechali drogą krajową numer 11 w kierunku Poznania, potem autostradą A2 do Warszawy. W niedzielę nad ranem ruch aut osobowych był nieduży. Wlokło się sporo tirów, jak zawsze stadami. Ksiądz Jan znalazł spokojną muzykę.
Magda słuchała i myślała o premier Renacie Giez, która zadeklarowała gotowość sprowadzenia z Francji do Polski pomnika, którego laickie władze francuskie chciały pozbawić krzyża. Ta sama kobieta, która chciała ratować kamienny pomnik, odmawiała przyjęcia żywych uchodźców, mężczyzn, kobiet i dzieci z krwi i kości, i pozwalała im umierać z głodu w Afryce i na wojnie w Syrii i Iraku. Czy to był dowód na to, że Magdzie wciąż zależało na chrześcijaństwie i że jej wciąż zależało na ojczyźnie, skoro czuła się nieswojo z tego powodu, że premierem jej kraju była osoba, która reprezentowała to, przed czym ostrzegał i co potępiał Jezus Chrystus? Tak Magda rozmyślała, dopóki nie zaczęły jej się kleić oczy.
Niedaleko Warszawy zjechali z autostrady i zrobili postój, żeby ksiądz Jan mógł odpocząć. Było to małe miasteczko. Minęli stary cmentarz żydowski z nagrobkami pobazgranymi swastykami. Na murach i płotach było widać napisy „Jude raus”, „Islamiści do gazu” i „Dżihad Legia”. Zjedli śniadanie, napili się kawy. Marian wypalił papierosa. Magda wzięła swoją torbę i poszła do łazienki, żeby się przebrać w odświętne rzeczy: spódniczkę, bluzkę i żakiet. Spodnie i sweter włożyła do torby.
Ksiądz Jan z grubsza znał Warszawę, niemniej jednak nawigacja satelitarna okazała się przydatna. Do samego placu Piłsudskiego nie dało się dojechać. Zostawili samochód daleko, na jednym z wyznaczonych parkingów, i doszli do miejsca uroczystości pieszo. Musieli się spieszyć, czas naglił. Marian się zasapał.
Było dość ciepło jak na jesień, raczej pochmurno, ale nie zapowiadało się na większy deszcz. Może jakaś mała mżawka przyjdzie później.
Krakowskie Przedmieście było pełne ludzi. Na każdym kroku widziało się policjantów i porządkowych.
– Ale tu wiary! – powiedział Marian. – Jak na papieżu. Byłaś kiedyś w Warszawie? – zapytał Magdę.
– Tylko raz, na wycieczce szkolnej.
Marian nigdy przedtem nie zawitał w stolicy. W ogóle mało podróżował. Tylko po sąsiednich wsiach i miasteczkach. Z dużych miast najdalej był w Poznaniu. Kiedy polski papież pierwszy raz nawiedził ojczyznę, to jeszcze za komuny było, wtenczas Marian pojechał do Poznania na mszę papieską. Bana była tak nawalona, że nie szło wsiąść. Z powrotem udało mu się wejść dopiero do trzeciego składu. Wrócił wieczorem. To było wczesnym latem, jakoś tak w czerwcu. Pamiętał, że cały czas klara mu dawała i była hyca. Za to potem w lipcu lało jak z cebra.
W jeszcze większe zdumienie Marian wpadł na widok zbudowanego specjalnie na tę okazję ołtarza i gromadzących się na placu Piłsudskiego gości. Plac otoczony był metalowym ogrodzeniem, przed którym stał kordon ochroniarzy.
Strażnik przy bramce przeznaczonej dla zwykłych gości obejrzał zaproszenia i przytknął czytnik do czipów. Przeszukano ich i przeskanowano. Wszelkie urządzenia elektroniczne były zabronione. Wiedzieli o tym z dołączonego do zaproszeń pouczenia. Zostawili telefony w samochodzie. Po chwili strażnik dał znak umundurowanym i uzbrojonym funkcjonariuszom w kaskach i kamizelkach kuloodpornych, żeby ich przepuścić.
Przewodnik w czarnych spodniach, niebieskiej marynarce i żółtej furażerce dał im numerki i pokazał miejsca. Stały tam ponumerowane krzesła. Jakiś człowiek podsiadł księdza Jana, ale na widok koloratki zwolnił krzesło bez szemrania. Usiedli i rozglądali się.
Po obu stronach bogato udekorowanego ołtarza usadowili się duchowni. Po prawej hierarchowie w pysznych bizantyjskich szatach, gdzie dominowała imperatorska purpura, monarsza zieleń, fiolet i złoto. Po lewej po świątecznemu ubrani niżsi rangą księża, zakonnicy i siostry zakonne, gdzie przeważała biel w wielu rodzajach, od czystej do brudnej, z odcieniami ecru i beżu, oraz czerń w różnym nasileniu, od szarej i rudawej przez ciemnobrązową do smolistej.
Dalej była przerwa, pusty obszar, a potem zaczynała się widownia rozdzielona na dwie części, tak aby przez środek wiodła szeroka wolna przestrzeń. Na widowni siedzieli państwowi oficjele oraz imiennie zaroszeni goście według ważności i dostojeństwa. Im wyżej ktoś stał w hierarchii i im godniejszą był osobą, tym bliżej pierwszego rzędu siedział.
Księdzu Janowi przyszły na myśl słowa Jezusa: „Obłudnicy! Bo podobni jesteście do grobów pobielanych, które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa. Tak i wy z zewnątrz wydajecie się ludziom sprawiedliwi, lecz wewnątrz pełni jesteście obłudy i nieprawości”.
Ksiądz Jan, Magda i Marian znaleźli się w trzecim od końca rzędzie po lewej stronie, tuż przy prowadzącym środkiem szerokim przejściu. Zbliżała się godzina jedenasta.
Zobaczyli sanitariuszy pchających trzy niepełnosprawne osoby na wózkach inwalidzkich. Poskręcanego chłopca z porażeniem mózgowym, rozdygotaną kobietę z chorobą Parkinsona i sparaliżowanego od szyi w dół mężczyznę w średnim wieku. Grupa zatrzymała się z boku ołtarza.
Nabożeństwo intronizacyjne rozpoczęło się od obrzędów wstępnych. Procesja wejścia, pozdrowienie ołtarza, znak krzyża i pozdrowienie ludu. Potem akt pokutny, kyrie eleison, gloria i kolekta. Następnie była liturgia słowa okraszona homilią przewodniczącego episkopatu Jagieły. Dzień był pochmurny, ciśnienie spadało. Osobistości w pierwszych rzędach ziewały do łez.
Ksiądz Jan znał rytuały na pamięć. Również Magda dobrze orientowała się w tym, co się działo. Tylko Marian czuł się zagubiony. Tyle lat nie chodził do kościoła. Dwadzieścia? Dwadzieścia pięć? Coś mu się przypominało. Jak to mówią, słyszał, że dzwonią, ale nie wiedział, w którym kościele.
Szukali wzrokiem Adama. Nigdzie nie było go widać. Z tyłu, kilka metrów za ostatnim rzędem, stali uformowani w czworobok, niczym rzymscy legioniści, Wojowie Warszawy w imitacjach strojów historycznych, z prowizorycznie wykonanymi skrzydłami husarskimi przypiętymi do ramion. W środku czworoboku dało się zauważyć lukę, którą skrzydła zasłaniały.


piątek, 3 listopada 2017

Rozdział 28/38


Zlecenie zaprojektowania szat dla pomazańca i cudotwórcy, który swoją obecnością ubogaci uroczystość intronizacji Jezusa Chrystusa na cara Świętego Carstwa Rzymskiego Narodu Polskiego, Ewa Jungowska uznałaby za radość i wielki zaszczyt, gdyby nie to, że za tym honorem stał Ostrowski. Oficjalnie propozycja wyszła od metropolity warszawskiego, ale Cezary Ostrowski dał do zrozumienia, że to właśnie jego wpływom Ewa Jungowska zawdzięcza prestiżowe zamówienie. W żadnym razie nie chodziło o zarobek. Najlepsi i najdrożsi projektanci dużo by dali, żeby przygotować taką rzecz za darmo.
Wymagania co do wyglądu szat, ich charakteru, ornamentyki, stylistyki i symboliki były liczne, ale na tyle ogólne, że Ewa Jungowska mogła wykazać się kreatywnością. Wysokiej klasy kreatywność najlepiej wyraża się w szczegółach, to właśnie po detalach poznaje się mistrza. Szkopuł w tym, że prawdziwą maestrię docenić mogą tylko znawcy tacy jak Ewa Jungowska, a tych jest bardzo mało. Dlatego tworząc strój na niedzielną uroczystość, Jungowska pragnęła zadowolić z jednej strony siebie, a z drugiej strony starała się trafić w gusty osób mniej zaawansowanych w dizajnerskim koneserstwie.
Stworzyła kilka projektów łączących rozmaite style oraz harmonie kształtu i koloru. Z oczywistych powodów w pierwszej kolejności próbowała stylistyk ornatu i alby, jako najodpowiedniejszych dla podniosłej religijnej ceremonii.
Wyobraziła sobie coś na podobieństwo zielonego ornatu rzymskiego. Adamaszek ozdobiony klasycznymi haftami wykonanymi na aksamicie. Całość uzupełniona złotą taśmą i satynową srebrną podszewką. Brązowe buty z gładkiej, błyszczącej skóry, i grafitowe lub czarne spodnie z jedwabiu lub atłasu. Nie, lepiej niebieskie.
Klasyczną alternatywą dla ornatu rzymskiego mogła być bizantyjska dalmatyka uszyta z lekkiej tkaniny, ozdobiona wstawkami z włoskiego brokatu. Zamiast adamaszku można by dać najwyższej jakości tkaninę wełnianą z ręcznie tkanymi motywami krzyża.
Oprócz tego rozpatrywała stroje typu ornat monastyczny o unowocześnionym kroju. Też z ozdobnego adamaszku, krwista purpura albo fiolet złamany czernią i bielą. Do tego dodałaby czarny kołnierz i złoty pas z włoskiego brokatu. Całość mogła być wykończona srebrną tasiemką haftowaną w krzyżyki. Na to jeszcze przyszłaby kapa z kremowej żorżety albo aksamitu ze zwisającym na plecy kapturem, dobrym na sezon jesienny. Kaptur haftowany w białe krzyże. Ciemnoczerwony, przełamany paskami z butelkowej zieleni. Kapa byłaby wykończona złotą klamrą.
A jeśli nie kaptur, to co? Wtedy ewentualnie kremowy welon uszyty z brokatu, haftowany na bordowej satynie, zapinany na złotą, kutą klamrę.
Szkoda, że na etapie projektu nie mogła zobaczyć modela na żywo, miała tylko zdjęcia. Nawet rozmiary podano jej w przybliżeniu. Na szczęście przy tego typu luźnej szacie dopasowanie nie jest szczególnie istotne, to nie garnitur. Pierwszą i zarazem ostatnią przymiarkę wyznaczono na sobotę, dopiero wtedy model będzie w Warszawie.
W środę Ewa Jungowska wysłała pięć różnych w charakterze i ornamentyce projektów, w czwartek dostała odpowiedź. Wybór padł na strój skromny i elegancki, o klasycznym kroju, stonowanej kolorystyce i oszczędnym zdobnictwie, na bazie rzymskiego ornatu z domieszką dalmatyki. Na to kapa z kapturem. Najlepsze krawcowe i hafciarki zabrały się do pracy.
Ewa Jungowska nie umiała szyć ani haftować, nie umiała wyszywać ani cerować, ani robić na drutach. Nie potrafiła nic z tego, czego babcia próbowała ją nauczyć, kiedy była dziewczynką, ale Ewa Jungowska nie miała smykałki. Nawet guzika nie umiała mężowi przyszyć, co wprawdzie nie miało żadnego znaczenia, bo z innych powodów od niej odszedł. Wolała rysować, przelewać na papier fantazje. Miała artystyczną duszę. Mama pierwsza jej to powiedziała. Najwcześniej dostrzegła w niej artystkę. Ojciec nic nie mówił. Wolał mieć syna.
Model został przywieziony w sobotnie przedpołudnie, tak aby było jeszcze dość czasu na ostateczne poprawki. Ewa Jungowska czekała w pracowni. Była z nią tylko jedna, najbardziej zaufana pracownica.
W jej osobistym alkierzu za łazienką, gdzie Ewa Jungowska odpoczywała, a niekiedy spała, kiedy pracowała do późna i nie chciało jej się jechać do domu, czekał Cezary Ostrowski, który przyjechał wcześniej. Nie sam. Był z nim dość wysoki mężczyzna o smagłej karnacji południowca i bardzo ciemnych włosach. Miał czarną, gęstą, krótką brodę. Nosił szary garnitur i niebieską koszulę z gustownie dobranym krawatem. Był spięty, sprawiał wrażenie podminowanego.
Oprócz Ostrowskiego i południowca w alkierzu znajdowało się jeszcze dwóch rosłych mężczyzn, którzy nie odzywali się wcale, tylko wykonywali wydawane półsłówkami i gestem polecenia Ostrowskiego.
Model przybył trochę spóźniony, co należało tłumaczyć wzmożonym ruchem ulicznym. Towarzyszyło mu dwóch uzbrojonych funkcjonariuszy w hełmach i kombinezonach, oficer z Biura Obrony Rządu i młody ksiądz z pałacu metropolity warszawskiego o imieniu Mateusz.
Ostrowski uprzedził Ewę Jungowską, że pomazaniec jest pilnie strzeżoną osobistością, ale że oficer wie, co robić, a czego nie robić. Ostrowski powiedział Jungowskiej, czego od niej oczekuje. Niech się niczemu nie dziwi i wykonuje tylko to, co do niej należy.
– To jest właśnie Adam – ksiądz Mateusz, zarumieniony i zaaferowany, przedstawił pomazańca Ewie Jungowskiej.
Adam miał na sobie grantowy płaszcz z kapturem naciągniętym na głowę. Zsunął kaptur na plecy i przywitał się z projektantką. Był spokojny, poważny, obojętny na to, co się wokół niego dzieje.
– Miło mi – powiedziała Jungowska, przyglądając się gościowi.
Podobieństwo do mężczyzny o bliskowschodniej urodzie, którego wcześniej przywiózł Ostrowski, było uderzające. Gdyby nie to, że Ewa Jungowska wiedziała, że tamten jest teraz w alkierzu, pomyślałaby, że to ten sam człowiek. Może pewne drobne detale. Takie cechy, na które tylko kobieta może zwrócić uwagę. Ewa Jungowska była wyjątkowo spostrzegawcza, cecha jej profesji.
– Proszę zdjąć wierzchnie okrycie – poprosiła.
Adam podał płaszcz pracownicy. Pod spodem miał bawełnianą koszulę w kolorze brudnej bieli. Pracownica powiesiła płaszcz na wieszaku.
– Będzie pan musiał zmienić spodnie – powiedziała Jungowska.
Obecni rozejrzeli się po pracowni. Młody ksiądz zarumienił się jeszcze bardziej.
– Gdzie tu jest przebieralnia? – zapytał oficer.
– To jest w zasadzie pracownia projektowa. Właściwie nie ma tu tradycyjnej przebieralni. Ale pan Adam może skorzystać z łazienki.
Ewa Jungowska wskazała drzwi i podała Adamowi spodnie z niebieskiego atłasu z czarnym jedwabnym pasem z frędzlami, zawiązywanym z boku.
– Powinny pasować – oceniła wprawnym okiem.
– Chwileczkę – oficer otworzył drzwi do łazienki i zajrzał do środka. – W porządku – powiedział po zlustrowaniu pomieszczenia.
Adam wziął spodnie i wszedł do łazienki. Po paru chwilach wyszedł ubrany w spodnie zaprojektowane przez Ewę Jungowską.
– Leżą jak ulał – powiedziała projektantka, oglądając modela z wszystkich stron. Poprawiła zawiązanie pasa, tak aby frędzle równo zwisały. Pracownica wbiła szpilkę tam, gdzie trzeba było o jeden centymetr podwinąć nogawkę. – Jest pan smukły. Ma pan harmonijną sylwetkę. Na takich osobach wszystko dobrze wygląda. Teraz proszę przymierzyć to.
Ewa Jungowska zdjęła z wieszaka pierwszą część garderoby, zdobną szatę na podobieństwo ornatu. Pracownica pomogła Adamowi włożyć strój. Na to przyszła kremowa kapa z ciemnoczerwonym kapturem. Pracownica wygładziła zmarszczki. Tu rozprostowała, tam pociągnęła. Trochę zebrała, trochę podwinęła. Zaznaczyła parę miejsc szpilkami.
– Pięknie pasuje – ucieszyła się Jungowska. – Nie trzeba większych poprawek. Ale ma pan figurę!
– Adamie, wyglądasz bosko! – wyrwało się księdzu Mateuszowi.
Adam rzeczywiście prezentował się imponująco. Jak arcybiskup. A nawet lepiej, ponieważ nie było arcybiskupów tak młodych i przystojnych. Efekt był piorunujący. Jednak nie ma większej ozdoby człowieka niż młodość, pomyślał ksiądz Mateusz. Bóg Ojciec jest stary, tak go przedstawia ikonografia. Ale Chrystus umarł młodo, miał zaledwie trzydzieści trzy lata. Chrystus jest i zawsze będzie młodym Bogiem. Dzięki temu porwał tłumy. Chrześcijaństwo było na początku religią młodości. Na tym polegała jego siła. Dlatego podbiło świat. Grubego starca na krzyżu by z taką miłością nie adorowano. Staruszka pewnie nikt by nie ukrzyżował, nawet w tamtych barbarzyńskich czasach. Przy tej ostatniej myśli młody ksiądz przygryzł wargę.
– To co? Wszystko gra? – upewnił się oficer.
– Tak. Pan Adam może się przebrać – odpowiedziała Jungowska. – Jutro rano szaty będą gotowe do odbioru.
Adam z pomocą pracownicy zdjął uroczyste wierzchnie szaty, sięgnął po swoje spodnie i wszedł do łazienki zmienić dół.
– Wspaniały projekt – powiedział ksiądz Mateusz do Ewy Jungowskiej.
– Dziękuję za komplement. Jak ksiądz zostanie biskupem, zaprojektuję księdzu taki ornat, że klękajcie narody – zażartowała Jungowska.
Oficer i dwaj funkcjonariusze roześmiali się głośno.
– Byłoby cudownie, tylko nie wiem, czy… – ksiądz się zmieszał.
– Nie wie ksiądz, czy ja tej wielkiej chwili dożyję?
– Nie to miałem na myśli… – ksiądz Mateusz zupełnie stracił rezon.
– Po pierwsze, nie jestem taka stara. Po drugie, trzeba nam młodszych biskupów. Potrzeba nam pasterzy bardziej podobnych do Jezusa Chrystusa niż do jego dziadka.
Mężczyźni z obstawy znowu się zaśmiali, patrząc na zaczerwienionego księdza.
Z łazienki wyszedł Adam i oddał aksamitne spodnie pracownicy. Podszedł do wieszaka i włożył swój granatowy płaszcz, prędko nasuwając kaptur na głowę.
– To co? Zbieramy się? – powiedział oficer.
Goście pożegnali się z projektantką i wyszli.
Ewa Jungowska zapukała do drzwi alkierza.
– Dobrze się spisałaś – powiedział Ostrowski, wchodząc do pracowni. – To ma być ten strój? – Patrzył na zdobne szaty wiszące na wieszakach. – Ciekawe, jak ja bym w tym wyglądał.
– Chcesz przymierzyć?
Ostrowski zaśmiał się. Jego maska nie stała się przez to ani trochę mniej antypatyczna.
– A mówią, że szata nie zdobi człowieka. Dostałem od pewnego paparazzo zdjęcia arcybiskupa Licheckiego z Tajlandii. Stary, otyły facet w gaciach i podkoszulku, w towarzystwie dzieci. Nie uwierzysz, jaki to żałosny widok.
– Wierzę. Chociaż walałabym nie wierzyć.
Po kilku minutach dołączyli pozostali. Jungowska spojrzała pytająco w oczy smagłemu mężczyźnie z czarnym zarostem. Był spokojny. Uśmiechnął się lekko. Dwaj rośli faceci przyjaźnie i opiekuńczo trzymali go z obu stron pod pachami. Szary garnitur, niebieska koszula, krawat. Rzuciła okiem na buty. Tak, Ewa Jungowska miała pamięć do szczegółów.
Krótko po tym, jak sobie poszli, Jungowska zadzwoniła do Tadeusza Nowaka.
– Dobrze się spisałaś – powiedział Nowak i skontaktował się z pełnomocnikiem rządu do spraw stosunków z Kościołem Joachimem Lipką.


piątek, 27 października 2017

Rozdział 27/38


Pułkownik Mścisław Bolko przydzielał zadania agentom w piątek na ostatniej odprawie przed intronizacją. W ramach podziału obowiązków Agencji Bezpieczeństwa przypadło w udziale zabezpieczenie grupy zaproszonych księży, zakonników i zakonnic, którzy będą uczestniczyć w procesji, a następnie zasiądą w pobliżu ołtarza. Szychami rządowymi, parlamentarnymi i prezydentem zajmą się borowiki z Biura Obrony Rządu. Kościelnych hierarchów przypilnują antyterroryści majora Rębacza.
Zgodnie z planem Agencja Bezpieczeństwa była również odpowiedzialna za bezpieczeństwo osób należących do świeckiego zakonu o nazwie Przymierze Wojów Warszawy, które podczas inscenizacji odegra rolę świty pomazańca o kryptonimie Adam. Zwłaszcza na tego ostatniego trzeba mieć oko. Bolko wyświetlił na ekranie zdjęcia. Wbrew pozorom to bardzo ważne zadanie. Może najważniejsze z wszystkich.
– Czemu? – zapytał pierwszy agent.
– On ma być gwoździem programu.
– Co będzie robić? – zapytał drugi agent.
– Podobno cuda.
– Ja cię pierdo…! – wyrwało się trzeciemu z agentów.
Od samego początku nad ekranem wisiało godło. Wymalowany na czerwonym tle orzeł miał białe pióra, złotą koronę na głowie, wytrzeszczone oko, zmarszczoną brew, rozwarty dziób i wywalony jęzor. Potem z prawej strony godła zawieszono krucyfiks z ubiczowanym Jezusem Chrystusem w koronie cierniowej, spod której wypływały gęste krople krwi, które zastygły jak wosk albo farba olejna, z przebitym włócznią, cieknącym wewnętrznymi płynami bokiem, z grubymi gwoździami wbitymi w skrwawione nogi i ręce.
– Bez bluzgów. Tylko merytoryczne wypowiedzi.
Bolko zauważył, że od czasu wprowadzenia obowiązkowej obecności krzyża w państwowych budynkach, ludzie w nich pracujący przynajmniej w mowie sporządnieli. Przestali przeklinać bez sensu. Niektórzy nawet mniej się opierdalali. Jakby jeszcze zawiesić krzyże w knajpach? Może by jeden z drugim nie chlał jak świnia, tylko po chrześcijańsku wypił jednego, dwa, góra trzy, i poszedł do domu trzeźwy, nieokradziony przez kelnera. Jakby na trawnikach stały krzyże, może by po psach zbierali. W internecie powinni przy każdym komentarzu obowiązkowo umieszczać krucyfiks z umęczonym Chrystusem. Może by nie pisali, że kogoś, kto organizuje pomoc dla uchodźców, należy zamknąć w celi z recydywistami i rozpuścić plotkę, że pedofil. Albo że trzeba tego, kto ośmieli się bronić lewaka papieża, zgwałcić, zarżnąć i powiesić.
Pułkownik Bolko nie był nadgorliwie wierzącym człowiekiem. Szczerze mówiąc, wcale nie był wierzący, ale jak każdy inteligentny Polak widział, że poza moralnością religijną i katolickimi wartościami nie było w tym kraju żadnej moralności i żadnych wartości. Alternatywą dla nauki moralnej Kościoła katolickiego był nihilizm. Ledwo człowiek wychodził z kościoła, a jeszcze jak gdzieś krzyża, nie daj Boże, nie było, z miejsca zamieniał się w bydlę i świnił na potęgę.
Polski katolicyzm miał swoje wady, a jednak Bolko lubił właśnie taki katolicyzm, jaki był w Polsce, gdzie trzy czwarte rocznej sprzedaży wódki przypadało na okres Wielkanocy i Bożego Narodzenia, i nie zamieniłby go na żaden inny.
– Co to jest pomazaniec? – Kowalczyk zadał trudne pytanie.
Pułkownik Mścisław Bolko tylko na to czekał. Kowalczyk nie odpuści. Nikt nie wnikał, tylko on. Dla wszystkich pomazaniec to pomazaniec. Ma być pomazaniec chroniony, to będzie pomazaniec chroniony. Zadanie, wykonać. Tyle w temacie. Ale nie dla niego. Upierdliwy detalista.
– Skąd mam wiedzieć, Kowalczyk? Czy ja jestem księdzem? – Bolko sprytnie obrócił niewiedzę w celny żart. Agenci zarechotali z uznaniem.
– Pomazaniec to ktoś namaszczony na władcę – powiedział Bogdan Prusak.
Mścisław Bolko popatrzył na niego.
Przez lata pracy w służbach Prusak cieszył się dobrą opinią. Był inteligentny, kompetentny, nie zaliczał wpadek. Bolko nie miał mu nic do zarzucenia, nawet go promował, ale zawsze czuł nosem, że z nim jest coś nie tak. Nie umiał wytłumaczyć dlaczego. Nos to prosty organ, a jednak dziwnie rzadko się myli, nawet w skomplikowanych sprawach. Może dlatego że prymitywne, atawistyczne nerwy węchowe znajdują się blisko najmłodszej, racjonalnie myślącej części mózgu. Bolko kiedyś o tym czytał. W internecie. Ale Prusak czytał więcej. Nawet książki. Prusak był najlepiej ze wszystkich wykształcony. Ludzie po dobrych studiach są potrzebni w służbach, ale… No, właśnie. Było jakieś duże ale.
Lepiej że to on okazał się zdrajcą, a nie na przykład Kowalczyk albo Kamiński. Kowalczyk był kutas, Kamiński kiep, ale Bolko darzył obu ojcowsko-matczynym sentymentem. Do Prusaka nie czuł nic.
Nie czuł do niego nic aż do momentu, kiedy zobaczył nagranie. Oficer, któremu Prusak podciął gardło, był jego dawnym kolegą. Bolko poznał go na kursie. To był świetny, dowcipny facet. Definiował kałużę jako akwen o niskim znaczeniu strategicznym. Dlatego Bolko zasugerował, żeby egzekucji Prusaka dokonała snajperka o pseudonimie Aniela, zwana pieszczotliwie Aniołem Śmierci. Bojownicy Kalifatu byli fanatykami i nie bali się umrzeć w walce. Ale jak to bywa z fanatykami, byli przesądni i bali się wielu innych, śmiesznych rzeczy. Na przykład wierzyli, że śmierć z ręki kobiety zamyka drogę do raju. Bolko nie wiedział, czy Prusak też w coś takiego wierzy. Mniejsza z tym, Prusak i tak się nie dowie, kto go posłał do piekła, ale Bolko nie mógł sobie odmówić tej satysfakcji. Jego sugestia znalazła zrozumienie, bo miała merytoryczne umotywowanie. Tutaj nie mogło być pudła. Prusak będzie miał na sobie kamizelkę ze specjalnego nylonu, który jest pięć razy mocniejszy od stali. Aniela zwana Aniołem Śmierci była najlepsza, po prostu nieomylna. Bolko planował jeszcze jedną złośliwość, której bardziej od śmierci bali się ci przesądni, prymitywni islamiści. Zadba o to, żeby Prusaka pochowano z głową świni. Jak się nie da, to przynajmniej z kawałkiem słoniny. Nigdy nie wejdzie do islamskiego raju. Będzie leżał pod płotem i kwiczał.
– W znaczeniu religijnym pomazaniec to Mesjasz, który przychodzi, żeby zaprowadzić rządy Boże na ziemi. – Kontynuując krótki wykład, Prusak postarał się o nutkę znudzenia w głosie.
– No to kto ma być w końcu tym carem? Pomazaniec czy Jezus Chrystus? – dopytywał się Kowalczyk.
– Nie wnikajcie, Kowalczyk. Oficjalnie to jest intronizacja Jezusa Chrystusa na cara Carstwa Rzymskiego Narodu Polskiego. Stoi jak byk w programie i nie utrudniajcie.
– W znaczeniu religijnym pomazaniec i Chrystus to jedno – wyjaśnił Prusak.
– Mnie się to nie podoba – odezwał się Kamiński, kręcąc głową. – Czarno widzę.
– Co wam nie pasuje? – Jeszcze tylko tego brakowało, żeby Kamiński zaczął się dzielić swoimi przemyśleniami.
– Bo ja wiem… Car, nie car. Po co to?
– Co wy pierdzielicie, Kamiński? – Pułkownik Bolko był cierpliwym ojcem, ale jak każdy szef, który się czuje rodzicem podwładnych, tracił niekiedy cierpliwość i miał ochotę przyrżnąć w dupę. Od wątpliwości do defetyzmu jeden mały krok. – A Matka Boska nie jest królową Polski?
– Jest.
– Przeszkadza wam to w czymś?
– Nie.
– No to po co się interesujecie.
– Temu pomazańcowi coś zagraża? – zapytał Kowalczyk. – Tak ogólnie mamy go pilnować czy bronić przed kimś konkretnym.
– Sprawa jest rutynowa, obowiązują normalne procedury, ale wszystko może się zdarzyć. Oczy i uszy trzymać otwarte – odpowiedział Bolko. Jego wzrok napotkał wpatrujące się w niego ślepia Prusaka. Odwrócił się do tablicy. – Na załączonym obrazku mamy schemat placu Piłsudskiego i ogólny rozkład sytuacji. I teraz tak…
Pułkownik Bolko omawiał pozycje poszczególnych służb i rozmieszczenie uczestników uroczystości. Prusak notował w pamięci przebieg wydarzeń, trasę procesji, uformowanie Wojów Warszawy i położenie pomazańca o imieniu Adam. Słuchał instrukcji szefa Agencji Bezpieczeństwa z natężoną uwagą. Nie był znudzony. Nie był zniechęcony. Serce biło w mocnym, przyspieszonym rytmie. Ręce lekko drżały. Prawie niezauważalnie. Starał się uspokoić nerwy i przydać twarzy obojętny wyraz.
Był piątek, szczególny dzień dla muzułmanów. To się stanie w niedzielę, święty dzień chrześcijan. W sobotę Bogdan Prusak będzie się modlić i będzie czytać Koran. Sobota była świętym dniem judaizmu.
Po odprawie kupi butelkę wódki i upije się wieczorem w domu. Ketman pozwala. Przedtem pójdzie do agencji towarzyskiej. Albo zamówi panienkę z dowozem. Za dwa dni będzie po wszystkim. Zostanie szahidem. Wstąpi do ogrodu Dżannah, gdzie czekają na niego hurysy. Ale zanim hurysy bez skazy zaczną Prusaka pieścić bez końca na tamtym doskonałym świecie, to on jeszcze na tym tutaj popierdolonym świecie wydupczy prostytutkę.
Durnie na demonstracjach krzyczeli, że trzeba budować płoty, bo przyjdą muzułmanie, żeby gwałcić chrześcijańskie kobiety. Po co je gwałcić? Wystarczy zapłacić parę złotych. Zresztą nawet w gwałceniu nie jest powiedziane, że imigranci daliby radę miejscowym. Według statystyk co roku trzydzieści tysięcy Polek było gwałconych przez katolickich Polaków. Czy zagraniczni muzułmanie byliby równie wydajni? Nie mówiąc o tych chrześcijankach, które nie są dziwkami i dają dupy gratis. Bogdan Prusak mógł w pół godziny znaleźć młodą katoliczkę, która by Belzebubowi za darmo obciągnęła i jeszcze pochwaliła się tym na fejsie, zamieszczając słitfocię z mrocznym ciachem, tak żeby inne kurwiszony z jej klasy z zazdrości się posikały.


piątek, 20 października 2017

Rozdział 26/38


Cezary Ostrowski zapoznał się z dossier warszawskiego ginekologa Pawła Hajdarowskiego, po czym zaprosił go na rozmowę. Spotkali się na obiedzie w saloniku restauracji Pod Ptakiem przy ulicy Armstronga. Salonik miał indywidualną obsługę, bezpośrednie wejście z zewnątrz i toaletę wyłącznie do dyspozycji ważnych gości. Na jednej ze ścian wisiał portret Żyda liczącego pieniądze.
– Z gorących przekąsek polecam policzki wieprzowe z kaszanką z podrobami – powiedział Ostrowski.
– Można zamówić – zgodził się Paweł Hajdarowski po chwili wahania.
Dobrze wiedział, kim jest Cezary Ostrowski i co może. Stawił się na spotkanie z mieszaniną strachu i ciekawości, przy czym strach był silniejszy.
– Na główne dane proponuję marynowaną polędwiczkę wieprzową.
Ostrowski obserwował mężczyznę. Smagła cera, ciemne włosy, brązowe oczy. Ogolony, ale widać było, że pod skórą czai się gęsty, czarny, szybko rosnący zarost, od którego twarz nabrała już niebieskiego odcienia. Tydzień i będzie miał brodę. We krwi południowców jest mnóstwo testosteronu. Może dlatego Polki tak się do nich garną. Szczupły, bardzo dobrze, bo oni po przekroczeniu trzydziestki zaczynają tyć. Tyć i łysieć, a ten miał mocne włosy. Mógłby być wyższy, ale jego wzrost od biedy powinien wystarczyć. Buty na wyższym obcasie załatwią sprawę.
Dyskretny kelner przyjął zamówienie i bezszelestnie opuścił salonik. Hajdarowski zapytał:
– Czym można służyć? Czemu mnie pan zawezwał?
Właśnie o to chodziło. Ostrowski ocenił, że ten człowiek ma odpowiednią wymowę. Dobrze mówi po polsku, ale nie pozbył się akcentu. Nie nabrał wyczucia w doborze naturalnie brzmiących sformułowań. Język polski jest i zawsze będzie dla niego obcy. Tak jak wszystko inne, co polskie.
– Mam do pana interes, panie Haidar. Boulos Haidar, prawda?
Hajdarowski wzdrygnął się.
– Pan wie?
Informacje znajdowały się w dossier. Boulos Haidar był z pochodzenia syryjskim chrześcijaninem rytu antiocheńskiego. Zmienił nazwisko przed ośmioma laty, kiedy otrzymał polskie obywatelstwo. Ożenił się z Marzeną Kokoszką, nauczycielką nauczania początkowego. Wzięli ślub katolicki. Mieli syna, który obecnie chodził do drugiej klasy szkoły podstawowej. Boulos Haidar znalazł się w Polsce jako młody chłopak dzięki stypendium rządu syryjskiego i studiował medycynę w Łodzi. Następnie zrobił specjalizację w dziedzinie chorób kobiecych i przeniósł się do Warszawy, gdzie dostał pracę w klinice i otworzył indywidualną praktykę ginekologiczną.
– Wiem wszystko.
– To nie wstyd. Jestem od dawna polskim obywatelem.
Paweł Hajdarowski dziobał widelcem policzki wieprzowe. Nie smakowały mu.
– Ustawy toruńskie zmieniły sytuację. Pana status jest bardzo niepewny. Teraz liczy się narodowość, obywatelstwo to rzecz drugorzędna. Zresztą w praktyce zawsze tak było, nawet w tych okresach, kiedy prawo teoretycznie twierdziło co innego. Uczył się pan historii Polski i Europy chociaż trochę? No to pan wie, że Żydom w czasie wojny nie pomogło to, że byli polskimi obywatelami albo węgierskimi, albo francuskimi. Już nie mówiąc o Żydach, którzy byli obywatelami Trzeciej Rzeszy.
– Ja jestem chrześcijaninem.
– Zgadza się. Wiem nawet, że oprócz arabskiego włada pan językiem aramejskim, w którym mówił podobno sam Jezus Chrystus.
– To język moich przodków.
– Wszystko się zgadza oprócz jednego. Nie jest pan katolikiem. To po pierwsze. Po drugie, podczas holokaustu chrześcijańscy Żydzi i Żydzi ateiści byli tak samo mordowani jak ortodoksyjni chasydzi. Nazistów nie obchodziło wyznanie czy nazwisko, choćby dlatego że można je zmienić. Naziści kierowali się krwią, o wartości człowieka decydowała rasa.
– Polacy nie są rasistami. Europejczycy nie są rasistami. Ludzie cywilizowani nie są rasistami – powiedział Paweł Hajdarowski, zbyt twardo wymawiając mięciutką spółgłoskę „ś” w wyrazie rasista.
Hajdarowskiemu przypomniały się przezwiska, jakimi go częstowano, kiedy studiował w Łodzi: arabus, kasztan, brudas, bambus, wędzony, beżowy, napastowany, ciapaty. Wyzwiska były pierwszymi polskimi słowami, jakich się nauczył po przyjeździe, nie licząc formułek grzecznościowych, które ćwiczyli na kursie językowym. Krzywdzące uprzedzenia: Arab leniwy, brudny, prymitywny, śmierdzący, poniża kobiety. To było piętnaście lat temu. Nie na zacofanej prowincji, wśród nizin społecznych, tylko w wielkim mieście, w środowisku studenckim. Był wtedy młody, wrażliwy. Do dzisiaj bolało, nie chciało się zagoić.
Ale dzisiaj Paweł Hajdarowski był cenionym i dobrze zarabiającym ginekologiem. Należał do elity. Miał rodzinę, kolegów. Przybyło mu lat i rozsądku. Nie narzekał. Po prostu starał się nikogo nie prowokować. Unikał miejsc publicznych, żeby go nie wyzywali, żeby na niego nie pluli i żeby go nie bili. Nie spacerował z żoną i synem po Starówce i Łazienkach, nie korzystał z komunikacji miejskiej, nie chodził do restauracji ani do kina. I tak było mu sto razy lepiej niż krewnym i przyjaciołom w Syrii, którym bojownicy Kalifatu obcięli głowy.
– Pewnie ma pan rację. Polacy to tolerancyjny, otwarty i gościnny naród, ale jednak lepiej, żeby w Święto Niepodległości nie pokazywał się pan na ulicy.
Ostrowski pił do nagonki na obcych, zwłaszcza odmiennych rasowo, których zdradzała nie tylko mowa, ale nawet wygląd. Już parę lat temu przedstawicielstwa firm zagranicznych ostrzegały pracowników niepolskiej narodowości, żeby w dniach polskich świąt narodowych nie wychodzili z domu. Wtedy głodni bitki kibole w Białymstoku z braku Murzynów na ulicach pobili Polaka, co chodził w czarnej skórze. Ponieważ coraz więcej dni powszednich przypominało Święto Niepodległości, międzynarodowe korporacje jedna po drugiej zamykały oddziały i wycofywały się z Polski. Wtedy rząd w ramach walki z rasizmem i złym wizerunkiem kraju rozpoczął deportację wszystkich osób o niejasnym kolorze skóry.
Ostrowski nie miał nic przeciwko temu. Bóg z nimi, mówili księża. Chuj z nimi, odpowiadali wierni. Ostrowski nic nie wiedział o swoim arystokratycznym pochodzeniu, które różne lizodupy za niewygórowaną cenę gotowe były pożółkłymi dokumentami poświadczyć, może był bękartem, w każdym razie w jakiś tajemniczy sposób odziedziczył mentalność magnaterii z okresu upadku Rzeczypospolitej. Wyrywał z postawu sukna, ile się dało i póki się dało. Ale czy mentalność chłopstwa była inna? W braku dostępu do drogiego sukna wydzierali sobie zgrzebne szmaty, waląc się po pysku w rytmie wódki i disco polo. Zanim ten bajzel pójdzie na dno, Ostrowski zdąży zgromadzić tyle dostatku, że nie tylko on, ale jeszcze jego prawnuki sobie użyją, podczas gdy chłopstwo będzie kwiczeć z ryjami w rozbitym korycie. W razie czego zawsze można emigrować do bardziej cywilizowanej części świata, gdzie połowa jego majątku już się przeniosła. Tacy jak on wszędzie są mile widziani. W samej Szwajcarii przyjmą go z otwartymi ramionami. Wszędzie kochają takich uchodźców. Na pewno nie zgłosi się do opieki społecznej po zasiłek. Mógł liczyć na solidarność ze strony partnerów biznesowych w kraju i za granicą. Proletariuszom nie wyszło, ale kapitaliści wszystkich krajów połączyli się dość skutecznie.
Podobnie jak Ostrowski rozumował rząd. Może też mieli przodków wśród szlachty? Lepiej mieć pełnię władzy i kontrolować wszystko w rozpirzonym, zapóźnionym, na bezprawiu i braku wolności ufundowanym państwie, niż poddać się ograniczeniom konstytucji i cywilizacji w porządnym, rozwiniętym państwie prawa i wolności. Jak napisał rosyjski ambasador po pierwszym rozbiorze Polski: Rzeczpospolita ma być niczym na zewnątrz, ale szczęśliwa u siebie. Jak małż w skorupie. Wmawianie przez rządową propagandę ludziom, że wszystko, co na zewnątrz, jest złe albo gorsze, czyniło Polskę tym, czym zawsze chciała być: mentalną wyspą. Problem w tym, że ta mentalna wyspa była w rzeczywistości pokojem przechodnim.
Co do głównych korzyści z kontrolowania państwa, to były dwie: po pierwsze, możność karania niewinnych; po drugie, możność niekarania winnych. Pierwsza korzyść jest dla rządzących i uprzywilejowanych bardzo ważna, ale druga jeszcze ważniejsza.
To, że rząd znajdował sojusznika w Kościele, który tak bardzo się bał liberalnego, oświeconego społeczeństwa, że gotów był przeciwko niemu zawrzeć pakt z diabłem, było dla Ostrowskiego zrozumiałe. Wśród zdrajców, którzy zawiązali spisek przeciwko Konstytucji 3 maja, prym wiedli właśnie magnaci i biskupi. Ale to, że coraz większe odłamy ludności, inteligencji nie wyłączając, nie miały nic przeciwko czynieniu z Polski kraju zamkniętego, obskuranckiego i nacjonalistycznego w nadziei, że dzięki temu Polacy będą sobie żyli jak u Pana Boga za piecem, to była rzecz stosunkowo nowa i w dodatku rozwojowa. Po dwudziestu latach od przyłączenia się krajów Europy środkowej i wschodniej do Zachodu, kraje te nie tylko nie stały się Zachodem, ale zaraziły Zachód swoją wschodniością. Ktoś tam głupio skalkulował. Wschodnia rozpierducha będzie Zachód więcej kosztować niż wyniosły zyski z dodatkowego handlu i taniej siły roboczej. Tylko czekać, jak jakiś zachodni prezydent zawoła: Mister Putin! Niech pan odbuduje ten mur!
Nie żeby Ostrowskiemu to wszystko przeszkadzało. Oglądając wypaczone wiadomości w rządowej telewizji, kiwał głową z aprobatą, demonstracyjnie bił brawo i powtarzał: jebcie się, jebcie się, aż wam dupa pęknie. Popijał przy tym whisky, która kosztowała trzy razy tyle, ile wynosiło miesięczne wynagrodzenie robotnika. To nie był żaden luksusowy gatunek, tylko normalna, przyzwoita whisky. Jej cena nie była odzwierciedleniem ekskluzywnej jakości towaru, lecz upadku narodowej waluty, która pikowała do poziomu śmieciowego.
Robiło się powoli jak za komuny, kiedy trzeba było wydać połowę robotniczej pensji, żeby kupić głupie lewisy w peweksie. Ostrowski wolał wranglery i rodzice mu nie pożydzili. Byli krezusami jak na tamte czasy. Mieli szklarnię, uprawiali kwiaty i warzywa. Śmieciowe złotówki inwestowali w dolary i złoto. Swoją drogą to były piękne czasy. Ostrowski uśmiechnął się na wspomnienie szczęśliwego dzieciństwa w Peerelu. Pił coca-colę, jadł banany, żuł gumę balonową z kaczorem Donaldem. W całej szkole tylko on i dwoje innych uczniów, syn partyjnego kacyka i córka piosenkarki, nosili oryginalne amerykańskie dżinsy.
Hajdarowski milczał i nie jadł. Patrzył na Ostrowskiego, któremu dopisywał apetyt.
– Wspaniałe policzki wieprzowe. – Ostrowski oblizał wargi z sosu borowikowego. – Nie smakują panu?
– Nie przepadam za takim mięsem.
– No widzi pan. A prawdziwi Polacy lubią świńskie mięso. To może się napijemy wódki?
– Starczy mi woda.
– Wódki pan nie pije, wieprzowiny nie jada. Czy pan czasem po kryjomu nie praktykuje islamu?
– To jest nieprawda!
– Prawda, nieprawda. Co to znaczy? Wystarczy rozpuścić pogłoskę. Co by powiedzieli nauczyciele i koledzy szkolni pana syna, gdyby się dowiedzieli, że chłopak jest małym machometem?
– Niech pan zostawi mojego syna!
Pawłowi Hajdarowskiemu nabrzmiały żyły na szyi. Z szurgotem odsunął krzesło od stołu.
– On w przyszłym roku idzie do pierwszej komunii – dodał spokojniej.
– Ja nie mam nic do pana syna. Niech idzie do komunii. – Cezary Ostrowski nie przerywał jedzenia. Delektował się smażonymi borowikami z oliwą truflową. – Ale co z pana żoną? Może pan ją przekabacił i ona też w niedzielę dla niepoznaki chodzi do kościoła, a w piątek kłania się Allahowi?
Hajdarowski starał się panować nad sobą. Serce łomotało mu w piersi, czuł pulsowanie w skroniach. Ostrowski prowokował dalej.
– Utrata pracy to jeszcze pół biedy. Gorsze rzeczy mogą was spotkać. A tak nawiasem mówiąc, czy wy czasem nie planujecie jakiegoś zamachu?
Hajdarowski nie wytrzymał. Wstał gwałtownie i zacisnął pięści.
– Niech pan się liczy ze słowami!
Ostrowski przestał jeść i uśmiechnął się z trudem.
– Proszę siadać. Niech pan się nie unosi. Ja tylko staram się panu uświadomić niebezpieczeństwo.
– To są kłamstwa!
– Kogo to obchodzi? Ludzie uwierzą w każde łgarstwo, jeśli jest im na rękę. Będą udawać, że kłamstwo jest prawdą, byle tylko mogli bezkarnie ukraść i dać w mordę. A najlepiej się kradnie, niszczy i zabija w imię Boga, narodu i ojczyzny, bo wtedy mogą to robić nawet porządni ludzie, a nie tylko bandyci. Zna pan trochę historię świata? Wszystkie wojny na tym polegały. W Biblii są świetne przykłady. Nie jest pan Polakiem, więc na pewno czytał pan Biblię.
Paweł Hajdarowski usiadł i napił się wody. Ostrowski kontynuował ucztę. Marynowana polędwiczka została podana w kruszonce ziołowo-serowej z puree truflowym i włoską kapustą.
– Mogę pomóc. Chyba że woli pan wracać do Syrii.
– Co pan chce?
– Chcę, żeby pan wziął udział w pewnym przedstawieniu. Nic specjalnie wymagającego. Włoży pan okolicznościowy strój, przemaszeruje się w asyście innych przebierańców i wykona parę gestów, to znaczy cudów. Szczegóły omówimy później.
– Jakim przedstawieniu? Gdzie? Kiedy?
– Intronizacja na placu Piłsudskiego. Za tydzień.
Paweł Hajdarowski wiedział, o jakiej ceremonii mowa. Znowu wziął łyk zimnej wody.
– Ja nie umiem żadnych cudów.
– Niech pana o to głowa nie boli. I tak wszystko jest sfingowane.
– Czemu ja?
– Trzeba zastąpić aktora, który ma zagrać jedną z ról, ale nie będzie mógł. Tak się składa, że jest pan do niego łudząco podobny.
Hajdarowski patrzył na pobrużdżoną bliznami twarz Ostrowskiego. Szerokie kości policzkowe, wąskie jak u Tatara oczy. Duże, ostro zakończone uszy jak u złego stwora z baśni.