piątek, 18 sierpnia 2017

Rozdział 19/38


Adam pozostawał w gościnie u prymasa Szembeka. Pałac arcybiskupi na ulicy Łaskiego w Gnieźnie, niedaleko placu świętego Wojciecha, był jak na swoją nazwę budynkiem skromnym.
Arcybiskupi gnieźnieńscy jako prymasi Polski posiadali przywilej noszenia stroju kardynalskiego nawet wówczas, gdy nie byli kardynałami. Przywilej ten nie dotyczył piuski, która winna być fioletowa, nie purpurowa. Prymas Szembek pozostał przy swoim stroju biskupim i nie przyjął purpury kardynalskiej.
W przeszłości prymas był faktycznym przywódcą polskiego Kościoła, aktualnie był to tytuł przede wszystkim honorowy. Co nie znaczyło, że arcybiskup Szembek nie miał w Kościele nic do powiedzenia. Przeciwnie, posiadał znaczne wpływy i wraz z metropolitą warszawskim stał na czele jednej z dwóch najważniejszych frakcji episkopatu. Sam metropolita warszawski Gembicki byłby został wybrany przewodniczącym, gdyby ktoś przed zebraniem plenarnym nie rozpuścił plotki, że ma glejaka, co pogrzebało jego szanse i skłoniło część neutralnych biskupów do głosowania na Jagiełę mimo jego wątroby.
Większość czasu gość prymasa spędzał, studiując księgi i dokumenty w archiwum i bibliotece. W pokoju Adama był telewizor i komputer z dostępem do internetu. Wieczorami Adam korzystał z obu mediów. W dzień pod opieką biskupa Kani i jego sekretarza księdza Łukasza zwiedzał miasto, na terenie którego było pięć jezior i wiele zabytkowych obiektów.
Gniezno, pierwsza stolica Polski i pierwsza metropolia kościelna, podobnie jak Rzym, wybudowane zostało na siedmiu wzgórzach. Największym zabytkiem był gotycki kościół katedralny usytuowany na Wzgórzu Lecha.
Prymas Szembek z dumą oprowadzał Adama po gnieźnieńskiej katedrze, która była budowlą trójnawową o układzie bazylikowym z prezbiterium zamkniętym wielobocznie oraz ambitem. Do naw bocznych i ambitu przylegał wieniec kaplic bocznych. Pod posadzką odkryto i wyeksponowano relikty wcześniejszych budowli przedromańskich i romańskich oraz grobowce arcybiskupów.
W centrum prezbiterium znajdowała się barokowa złocona konfesja, a pod nią wczesnobarokowy relikwiarz: trumienka z cyzelowanej, trybowanej blachy srebrnej. Wewnątrz trumienki z blachy srebrnej była drewniana trumienka w postaci cedrowej skrzynki pokrytej płaskorzeźbami, w której spoczywały szczątki świętego Wojciecha. Za relikwiarzem znajdowała się płyta nagrobna świętego Wojciecha z czerwonego marmuru, pochodząca ze średniowiecznej tumby.
Po obu stronach prezbiterium stały fotele dla członków kapituły prymasowskiej, wykorzystywane jako miejsca dla większej liczby współcelebransów Eucharystii. Poza tym w prezbiterium znajdował się główny ołtarz ofiarny z płaskorzeźbą świętego Wojciecha. Nad ołtarzem umieszczona była belka tęczowa z gotyckim krucyfiksem z drzewa lipowego z piętnastego wieku. W dalszej części nawy głównej stały krzesła dla wiernych, a na jej końcu mieściła się sala kapitularza starego.
W ambicie oraz w nawie głównej znajdowały się dodatkowe miejsca dla wiernych. Ponadto były tam płyty nagrobne kardynałów i prymasów z brązu i marmuru.
Nawy boczne otoczone były wieńcem kaplic, kapitularzy, zakrystii i pomieszczeń wieżowych.
W krypcie kaplicy prymasa Potockiego zostali pochowani dwaj prymasi, jeden biskup i jeden protonotariusz apostolski.
W krypcie kaplicy Bożego Ciała, która była miejscem przechowywania Najświętszego Sakramentu, zostali pochowani dwaj prymasi i jeden biskup.
W krypcie kaplicy Doktorów, w której dyżur spowiedniczy pełnił ksiądz penitencjarz, było pochowanych pięciu kanoników gnieźnieńskiej kapituły.
W krypcie kaplicy świętego Walentego, w której również dyżur pełnił ksiądz penitencjarz, a która otwierana była raz w roku na dzień świętego Walentego, zostali pochowani wikariusze katedralni.
W krypcie kaplicy Pana Jezusa, zwanej też kaplicą Świętego Krzyża, byli pochowani kanonicy gnieźnieńscy. Znajdował się tam Cudowny Krzyż Gnieźnieński słynący łaskami oraz wota dziękczynne.
W krypcie kaplicy Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny został pochowany jeden prymas.
W krypcie kaplicy Kołudzkich byli pochowani księża z rodziny Kołudzkich.
W krypcie kaplicy świętego Andrzeja zostali pochowani dwaj prymasi.
W krypcie kaplicy Bogorii, zwanej też kaplicą Matki Bożej Częstochowskiej, został pochowany jeden prymas i jeden arcybiskup. Kaplica była miejscem codziennego stałego dyżuru spowiedniczego kapłanów z parafii gnieźnieńskiej oraz seminarium i kurii metropolitalnej.
W krypcie kaplicy świętego Stanisława, zwanej też sufragańską, został pochowany jeden biskup i jeden kanonik. Kaplica świętego Stanisława była miejscem stałego dyżuru księdza penitencjarza większego.
W krypcie kaplicy prymasa Baranowskiego został pochowany prymas Baranowski.
W krypcie kaplicy świętego Mikołaja został pochowany jeden prymas.
W krypcie kaplicy Łubieńskich zostało pochowanych pięciu prymasów i złożono serce jednego prymasa. Kaplica ta, poza kaplicą Bożego Ciała, była jedynym miejscem przechowywania Najświętszego Sakramentu w katedrze.
Przy kaplicy pod nawą południową spoczywało sześć trumien arcybiskupów i prymasów.
Oprócz kaplic w nawie bocznej znajdowało się wiele innych pomieszczeń. Były to: sala kapitularza starego, pomieszczenie w podstawie wieży północnej z wejściem do podziemia, pomieszczenie przywieżowe północne, gdzie obecnie mieścił się sklep pamiątkarski, pomieszczenie przywieżowe południowe, gdzie była kasa biletowa, i pomieszczenie w podstawie wieży południowej z wejściem na balkon widokowy wieży.
Ponadto zarówno od strony północnej, jak i południowej znajdowały się równoległe kruchty. W kruchcie północnej były duże, dwuskrzydłowe drzwi od zewnątrz, a nad nimi gotycki portal z początku piętnastego wieku z tympanonem Ukrzyżowania wykonanym ze sztucznego kamienia. Były tam wejścia do sklepu pamiątkarskiego, biura pielgrzyma oraz archiwum archidiecezjalnego.
W kruchcie południowej były duże dwuskrzydłowe drzwi, nad którymi od wewnątrz wisiały portrety pięciu królów Polski koronowanych w katedrze gnieźnieńskiej. Znajdował się tam portal z czternastego wieku z tympanonem Sądu Ostatecznego i osadzonymi w nim zrobionymi z brązu romańskimi, dwuskrzydłowymi Drzwiami Gnieźnieńskimi z dwunastego wieku, przedstawiającymi życie i śmierć świętego Wojciecha. Kruchta południowa była na co dzień zamknięta, otwierało się ją tylko na ważne uroczystości, kiedy do katedry wchodzili biskupi.
W środkowej części nawy bocznej, naprzeciwko kaplicy Bożego Ciała, znajdowała się dawna kaplica świętego Jerzego, która obecnie stanowiła drugą kruchtę południową.
Ponadto pomiędzy kaplicą Doktorów, a kaplicą świętego Walentego mieściła się zakrystia wikariacka z wyjściem z katedry oraz zakrystia prałacka, używana przez kanoników i biskupów. Pomiędzy kruchtą z Drzwiami Gnieźnieńskimi a kaplicą Łubieńskich znajdował się nowy kapitularz.
W podziemiach katedry można było zobaczyć najstarszy w Polsce napis nagrobkowy z jedenastego wieku oraz odkryte podczas badań archeologicznych relikty budowli kamiennej z końca dziewiątego wieku. Były tam także fragmenty murów bazyliki Mieszka Pierwszego, twórcy polskiej państwowości.
Początkowo prymasowi Szembekowi wydawało się dziwnym, że większe wrażenie wywarło na nim to, że Adam bezbłędnie zapamiętał wszystkie wiadomości dotyczące katedry od pierwszego ich usłyszenia, niż to, że po jednej rozmowie z nim sam na sam metropolita poznański Jagieło nie potrzebował operacji. Dotknięta marskością wątroba sama się zregenerowała.
Należało do pełnego obrazu dodać, że ten niezwykły człowiek potrafił cytować z głowy przeczytane w bibliotece trudne dzieła wielkich myślicieli, w tym także te napisane po łacinie, a czytał książki szybciej, niż większość ludzi byłaby w stanie je kartkować. Od wczesnej młodości arcybiskup Szembek był miłośnikiem gry szachowej i uważał się za wytrawnego szachistę. Z Adamem przegrał wszystkie partie, ani jednej nie udało mu się nawet zremisować.
Jako urodzony intelektualista i humanista Szembek bardziej podziwiał przewyższające możliwości zwykłego człowieka zdolności umysłowe Adama niż jego cudowną ozdrowieńczą moc, która przecież, tak naprawdę, nie była jego, pochodziła bowiem od Boga. Po paru dniach osłuchał się z jego manierą mówienia, która mimo wyraźnej obcości nie tylko nie raziła, ale w atrakcyjny sposób zwracała uwagę, nadając jego wypowiedziom cechy wybitne.
Będąc przywódcą antagonistycznej frakcji, przewodniczący episkopatu Jagieło nie był w Gnieźnie częstym gościem i prymas Szembek miał świadomość, co przywiodło metropolitę poznańskiego w jego skromne progi. Oprócz chorej wątroby była to ciekawość, albo raczej ciemny aspekt ciekawości o nazwie podejrzliwość. Toruńczycy mieli wobec Adama swoje plany. Nie trzeba było nadnaturalnej domyślności, żeby dojść do wniosku, że są to plany sprzeczne z zamiarami gnieźnian. Korzystając z okazji, Jagieło przywiózł ze sobą swojego starego druha arcybiskupa Licheckiego, którego serce w rezultacie spotkania z uzdrowicielem wzmocniło się do tego stopnia, że Lichecki natychmiast wybrał się w podróż do Tajlandii celem dalszej rehabilitacji.
Szembek odniósł wrażenie, że Jagieło nie zapałał nadmierną sympatią do Adama. Radość z cudem odzyskanego zdrowia nie przeistoczyła się u niego w głęboką, ani tym bardziej dozgonną wdzięczność. Jagieło pozostawał wobec Adama pełen rezerwy. Szembek wyczuł dobrze ukryte tony niechęci w jego grzecznych słowach. Jagieło znany był z przenikliwości i dobrze rozwiniętej intuicji, które to cechy czyniły go szczególnie wyczulonym na niewidoczne gołym okiem zagrożenia.
Czego się bał?


czwartek, 3 sierpnia 2017

Rozdział 18/38


Joachim Lipka, pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem, był tego dnia nerwowy jak zakonnica w burdelu. Osoby zebrane w kancelarii prezesa rady ministrów w Alejach Ujazdowskich milczały. Lipka skończył referować. Zdjęcie człowieka, o którym mówił, zniknęło z ekranu.
– Tak sprawa wygląda.
Wiedza o tym, jak sprawa wygląda, niczego nie ułatwiała. Wręcz przeciwnie, czyniła sytuację jeszcze bardziej zagmatwaną.
– Zabieramy głos po kolei, tak jak tu siedzimy. Proszę bardzo.
Premier Renata Giez preferowała wypowiadać się na końcu, jak już miała ogląd sytuacji. Zasada, żeby się nie wyrywać, tylko czerpać z tego, co powiedzieli inni, przyczyniła się do jej sukcesu. Twarz bez wyrazu i naturalna zdolność do wyrażania się za pomocą wypranych z treści i nasączonych podskórną podłością zdań do pewnego stopnia chroniły Renatę Giez przed internetowymi drwinami. Mimo tego że była tępa jak siekierka do rąbania cukru, pochodziła zresztą z Obrzydłówka, gdzie pracowała w urzędzie gminy, premier rządu nie była łatwym kąskiem do przełknięcia dla satyryków.
– Skąd gwarancja, że on jest tym, no, wcieleniem? – jako pierwszy odezwał się Płaziński, siedzący po prawej ręce premier Giez łysy, duży mężczyzna w ciemnym garniturze, który był ministrem spraw wewnętrznych. Gruba skóra na tłustym karku wchodziła mu na potylicę i marszczyła się jak u psa rasy bokser. – Skoro nawet najbardziej kompetentne w tej dziedzinie osoby nie mają pewności. Jak wierchuszka episkopatu nie wie, to kto ma wiedzieć? – Płaziński nie był zachwycony tym, co w kręgach kościelnych wymaścili. Tylko dać im pole do popisu, od razu coś wysmyczą.
– Ja nie – zastrzegł się Kułakowski, bezpośrednio na prawo od Płazińskiego, też w ciemnym garniturze, ale starszy i nie łysy, tylko szczupły i z siwymi włosami, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie. – Ja wiem tylko, że w tym przedmiocie decydującą rolę odgrywa wiara. Przyjrzyjmy się kultom na przestrzeni tysiącleci. A nawet współczesnym, żeby daleko nie sięgać. Czy w ogóle istnieje coś, w co nie można wierzyć? – zapytał.
Doradca prezes rady ministrów Rafał Milczewski, który był ateistą od dwunastego roku życia i w duchu nie przestał nim być po oficjalnym nawróceniu na katolicyzm, kiedy poświęcił się dla ojczyzny, tak jak wszyscy tutaj obecni był świadom tego, że da się wierzyć we wszystko, jeśli wiara daje korzyść albo niewiara powoduje szkodę, przy czym przez szkodę należy rozumieć również brak korzyści.
Przypomniała mu się scena ze sztuki Daria Fo, wystawionej w jednym z warszawskich teatrów dawno temu, zaraz po tym, jak włoski dramaturg dostał Nagrodę Nobla, i długo przed tym, jak został zakazany jako komunista i ateista. W tamtej scenie ukrzyżowany Chrystus mówi do modlących się: „Przestańcie się modlić i weźcie się do roboty! Sam bym pracował, gdybym nie wisiał na krzyżu”. Milczewski nie był pewien, czy ten fragment znalazł się w Muzeum Narodowym na wystawie sztuki zdegenerowanej. Zwiedzał po łebkach, a tyle tam tego było, że człowiek dostawał oczopląsu.
Muzułmanie czekają na Mahdiego, Żydzi na Mesjasza, chrześcijanie na powtórne przyjście Zbawiciela. Czy będzie ich trzech różnych? Jeśli tak, to przyjdą po kolei czy jednocześnie? A może będzie tylko jeden wspólny? W każdym przypadku kłopot. Co do czekania, aż ktoś zesłany z nieba zrobi porządek, to jest wygodne, bo zwalnia ludzi z odpowiedzialności za bajzel, który zrobili na ziemi.
Rodzice Milczewskiego już nie żyli. Matka była ocalałą z holokaustu Żydówką, ojciec pochodził z mieszczańskiej rodziny wielkopolskiej. Katolicyzm, to znaczy polski katolicyzm, bo były to dwie różne rzeczy, był Milczewskiemu przez długi czas obojętny. Niechęć pojawiła się dopiero po nawróceniu. Była to dziwna niechęć, która sprawiała perwersyjną przyjemność. Dlatego Milczewski ją pielęgnował, chodząc do kościoła, żeby wysłuchać listu pasterskiego episkopatu i pomodlić się o nawrócenie Żydów, zabłąkanych starszych braci w wierze.
– Ludzie! Który my mamy rok?
– Apokaliptyczny. Jak zawsze.
– Czasu się nie cofnie, on idzie naprzód.
– Czas jest miarą względną – zauważył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko z miną tak poważną, jakby prowadził księdza w procesji Bożego Ciała. Od niedawna był w rządzie. Zastąpił tragicznie zmarłego poprzednika, który poległ na przydrożnym drzewie.
– Z Einsteinem nie wyjeżdżaj – burknął na niego Kułakowski.
Nowe programy nauczania wprawdzie nie zakazywały bezwzględnie teorii względności, ale zalecały podchodzić do niej ostrożnie ze względu na jej sprzeczny z nauczaniem Kościoła relatywizm. Poza tym Einstein był figurą ze wszech miar podejrzaną. Nie dość że Żyd, to jeszcze Niemiec. W dodatku emigrant i uchodźca. Gdyby nie to, że gdzieś tam podobno powiedział, że Bóg nie gra w kości, całkiem wyrzucono by go z podręczników, tak jak Darwina i tych magików od kwantów, co twierdzą, że kot może być jednocześnie biały i czarny albo żywy i martwy, przynajmniej dopóki ktoś nie zajrzy do worka i nie sprawdzi.
Rafał Milczewski czytał co nieco o Einsteinie w odróżnieniu od członków rządu, którzy nic nie czytali, a przynajmniej bardzo się starali, żeby tak wyglądało. Wyborcy straciliby do nich zaufanie, gdyby się rozniosło, że czytają. Przyłapanie któregoś z ministrów z książką w ręku było mniej prawdopodobne niż nakrycie go na seksie z kozą, co lud, zwłaszcza wiejski, łatwiej by im wybaczył. Jednostronicowe raporty członkowie rady ministrów czytali z takim trudem, jakby tekst był wydrukowany do góry nogami. Dla większości nawet to było ponad siły i kazali swoim asystentom streszczać raporty w jednym zdaniu i przysyłać w wiadomości tekstowej. Może z wyjątkiem Trzetrzelewskiego, który skądinąd należał do najgłupszych, kto wie, czy nie właśnie dlatego, że czytał. W każdym razie Albert Einstein żalił się, że jeśli jego teoria okaże się prawdziwa, to Niemcy uznają go za Niemca, Szwajcarzy za Szwajcara, a Francuzi powiedzą, że jest wielkim uczonym. Jeśli jednak teoria względności zostanie obalona, wtedy dla Francuzów będzie Szwajcarem, dla Szwajcarów Niemcem, a Niemcy powiedzą, że jest Żyd.
– Ja w każdym razie gwarantuję lojalność służb i gotowość do akcji. – Koordynator służb specjalnych Leszek Madziar nie dywagował i nie relatywizował. – Co ma się stać, to się stanie.
– Co ma się stać, to się nie odstanie – poprawił Milczewski.
– A ja wierzę w rachunek zysków i strat – powiedział minister finansów Antoni Skarbek. Skończył pięćdziesiąt osiem lat i czuł, że się sypie. Nie mógł spać. Bał się śmierci. Koleżance wnuczki zdechł chomik. Podsłuchał rozmowę dziewczynek. Jego pięcioletnia wnuczka pocieszała zapłakaną koleżankę: „Nie martw się. To normalne, że się umiera. Wszyscy umierają. My też niedługo umrzemy”. Gdzie ona coś takiego słyszała? Na pewno nie od dziadka. Pewnie od babci. Żonie Antoniego Skarbka zupełnie po menopauzie denko odbiło. Albo wieczko. Zależy, z której strony się patrzy. Nazwisko Skarbka na wieki miało pozostać w podręcznikach ekonomii jako tego, który polecił zawierzyć spółki skarbu państwa Opatrzności Bożej, co wywołało hossę na giełdzie. Inwestorzy rzucili się do kupowania akcji z okrzykiem hossanna!, po czym nastąpił spektakularny krach i giełdę zamknięto.
– Jakie straty? – zapytała premier Giez.
Zebrani popatrzyli na siebie. Jakie straty? Co mieli do stracenia. Jeśli dobrze to rozegrać, nie będzie żadnych strat.
– Co zyskujemy?
– Prestiż.
Rafał Milczewski bawił się wiecznym piórem. Zrobione z brązu i laki eleganckie cacko, dryfujące na fali innowacji. Z kolekcji zainspirowanej produkcją ekskluzywnych łodzi, poprzez artystyczne detale oraz charakterystyczne krzywe przywołujące na myśl żagle najbardziej wystawnych jachtów. Grawerowany korpus i skuwka.
– Słyszałam. Warszawa Mekką chrześcijan. Polska Arabią Saudyjską Europy. Ja jako katoliczka…
Jaja, koka to liczka – powtórzył w myśli Milczewski i zapisał te słowa w notatniku oprawnym w moleskin. Pióro ze stalówką z osiemnastokaratowego złota sunęło gładko po kredowym papierze. Nie zostawiało żydów, nawet jak się mocniej docisnęło. Dosyć gruba, mokra kreska. Szlachetny niebieski atrament. Idealny do podpisywania ustaw sprzecznych z konstytucją. Milczewski ujrzał siebie jako prezydenta. W czym był gorszy od Kołatki? Jaja kok, atoli czka – po chwili zapisał drugą wersję.
– Prestiż daje wpływy, także finansowe. To raz. Polska Chrystusem narodów. To dwa.
Wypowiedział na głos, co już w paru głowach świtało.
– Tylko nie to! – Renata Giez myślała starym trybem. Nie zdążyła się przestawić. Należała do tradycjonalistek, które potrzebują długiej, łagodnej przekładni, bo się mentalnie wykoleją.
– Oczywiście że nie to. Nie to, co było. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Czym był Chrystus? Poniżonym męczennikiem. Czym jest dzisiaj? Władcą. Pantokratorem. Polska Pantokratorem narodów.
– Nam nie chodzi o władzę nad światem. Jest kwestia wzmocnienia obronności – powiedział minister obrony narodowej Czarniecki. – Sojuszników nie mamy, a wrogów lepiej nie liczyć. Możemy liczyć tylko na siebie i Pana Boga.
– Mesjasz miotający cudami ma być naszą wunderwaffe? Baranek, który zgładzi grzeszników świata? – naigrawał się Płaziński, który miał wyrobione zdanie na temat gotowości bojowej polskiej armii. Chodziły słuchy, że Czarniecki polecił wydawać żołnierzom podwójną porcję grochówki, żeby w razie czego mogli chociaż pierdzieć na wroga.
– Sąsiedzi czuliby przed nami respekt – brnął minister obrony narodowej.
– Masz na myśli Czechów czy Słowaków? – Jak chciał, minister finansów też potrafił być dowcipny. Za radą Milczewskiego podatki zamieniono na daniny, jako łatwiejsze do przełknięcia dla ludu o folwarcznej mentalności.
– Nie o tych sąsiadach mówię. – Czarniecki się naburmuszył.
– Wszyscy wiemy, o jakich sąsiadach mówisz. Tylko się zastanawiam, czy bardziej baliby się nas Niemcy, czy Rosja? – Płazińskiemu zaburczało w brzuchu. Sięgnął po herbatnika.
– Niemcy – wyraził opinię minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Po tym, co nam zrobili.
– Rosja – minister obrony Czarniecki miał inne zdanie. – Po tym, co nam zrobiła.
Trzetrzelewski nie chciał się spierać. Słabością ministra spraw zagranicznych była skryta miłość do imperatorskiej Rosji, niedościgłego modelu uporządkowanego świata. Studiując tabelę rang Piotra Wielkiego, Trzetrzelewski widział siebie w randze tajnego radcy, może nawet rzeczywistego tajnego radcy, ubranego w haftowany złotem mundur.
– Nie chodzi o rewanż, zapomnijmy o historii – powiedziała premier Giez. – Idzie o teraźniejszość. Ja nie chcę, żeby się nas bano. Ja chcę, żeby nas szanowano. Teraz, kiedy próbuje się nasz kraj zmarginalizować.
– Zmarginalizować? Już i tak siedzimy w najciemniejszym kącie. Jak sami nie wyjdziemy z Unii, to nas wykopią.
Milczewski potarł orli nos. Bez wątpienia znaleźli się w czarnej dupie i zaczęli się tam urządzać, jak mawiał ktoś, kogo za młodu cenił.
– Strachy na Lachy. Bez nas Unia byłaby pozbawiona przedmurza. – Szczepan Trzetrzelewski myślał strategicznie, z uwzględnieniem geopolityki. – Hordy ze Wschodu by ją zalały.
Milczewski naszkicował w notatniku sytuację geopolityczną Polski. Z jednej strony Rosja, z drugiej Niemcy, a w środku Kościół katolicki. Tylko się powiesić.
– Gdyby jednak trzeba było rozstać się Unią, to zrobimy tak, żeby musiała nam płacić alimenty – powiedział Antoni Skarbek, który tego dnia wzniósł się na wyżyny poczucia humoru.
– Jak długo?
– Aż osiągniemy dorosłość – spuentował Skarbek i nikt nie miał wątpliwości, co ma na myśli. Polacy należeli do tych narodów, które nigdy nie dorastają.
Rafał Milczewski rysował karykaturalną głowę Skarbka. Minister finansów dobrze zobrazował stosunek do Unii Europejskiej. Polski rząd był jak cham, co został zaproszony do stołu, nażarł się i nachlał, potem beknął, odwrócił się dupą do towarzystwa i poczłapał do domu, wywrzaskując bełkotliwe idiotyzmy z pijacką odwagą.
– A co będzie, jak on naprawdę zechce rządzić? – zapytała premier Giez. Jej głos brzmiał płaczliwie, jak zawsze kiedy nie krzyczała. Ale krzyczała tylko na opozycję, Europę i męża.
– Kim? Nami?
Popatrzyli na Madziara. Nikt nie skomentował.
– Co z wizerunkiem? – zapytał z innej beczki Antoni Skarbek.
Miał wymizerowaną twarz, cienki nos i długie uszy. Jak on będzie wyglądać po siedemdziesiątce? – zastanawiał się Milczewski i cyzelował kosztownym wiecznym piórem jego karykaturę. Podobno uszy rosną przez całe życie. Nos też. Zwłaszcza ministrowi finansów.
– Polski?
– Nie Polski. Jego. Skąd oni go wytrzasnęli? Wygląda jak Arab.
– Albo Żyd.
– No. Piękna alternatywa.
– Jezus, niestety, był Żydem – powiedziała zbolałym głosem premier Giez, po czym zapadło milczenie.
Rafał Milczewski domyślał się, że w głębi ducha Renata Giez był przekonana, że Jezus był Polakiem, i tylko religijno-polityczna poprawność kazała mówić co innego. Była kupa podobnych przypadków. Do najbardziej intrygujących należał SS-Gruppenführer Jurgen Stroop, odpowiedzialny za eksterminację warszawskiego getta, który jeszcze w 1949 roku, siedząc w więzieniu na trzy lata przed powieszeniem, twierdził, że Jezus był Niemcem.
– Ich ekscelencje nie ujęły tego lepiej – panią premier poparł pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem Joachim Lipka.
– To jest właśnie to, czego nie pojmuję – przyznał się Czarniecki. – To, że Judasz był Żydem, rozumiem, oczywista sprawa, ale żeby Jezus i Matka Boska…
– Jeszcze Józef.
– Co ty pieprzysz. Józef był stolarzem. Tak jak mój dziadek.
– Ty myślisz, że wszyscy Żydzi to bankowcy i dziennikarze?
– Dajcie spokój, panowie. – Kułakowski wziął z talerzyka ostatniego herbatnika, którego nie zdążył zjeść Płaziński. – Mówiąc poważnie, kimkolwiek jest, najbezpieczniej, żeby jednak on z nami nie został. W każdym razie nie dłużej niż to konieczne.
– Mówisz to jako minister sprawiedliwości czy prokurator generalny?
– Jedno i drugie.
– Dwójca święta.
– Co sugerują ich ekscelencje? – Renata Giez zwróciła się do Joachima Lipki. Przed podjęciem decyzji wolała wiedzieć, czego się od niej oczekuje.
– Męczeństwo jako ofiara przebłagalna albo całe i zdrowe wniebowstąpienie. Odniosłem wrażenie, że hierarchowie są w tej kwestii równo podzieleni.
– Pierwsza opcja jest łatwiejsza technicznie, damy radę – ocenił Madziar. – Z wniebowstąpieniem słabo. Mieliśmy kiedyś kosmonautę Hermaszewskiego, ale w obecnej sytuacji na pomoc Ruskich w podboju kosmosu bym nie liczył.
– Tylko kto?
– Co kto?
– Kto się targnie.
– Znajdzie się. Nie ma strachu.
– U nas? Z dostojnych ust słyszałem o obcym. Kładziono na to nacisk. Kiedy powiedziałem, że z łatwością się taka osoba u nas znajdzie, źle to przyjęto. – Joachim Lipka do dzisiaj czuł się nieswojo na wspomnienie tego, że przez samego kardynała Grabka ofuknięty został. Jak każdy minister srał po nogach na groźbę krytyki ze strony hierarchów. Lipka należał do mniej licznej grupy w sferach rządowych, która trzymała raczej z gnieźnianami niż z toruńczykami. Dobrze się rozumiał z biskupem Kanią. Znajdowali wspólny język.
– Teraz licho z obcokrajowcami. Co do ateistów i innowierców… – Płaziński wygenerował wargami dźwięk, jaki wydają paszczą i chrapami konie przy wodopoju. Było to jakby prr! woźnicy, tylko ubezdźwięcznione, bez angażowania strun głosowych.
– A mniejszość etniczna?
– Która. Niemiecka czy ukraińska?
– Białoruska.
– Daj spokój. Już lepiej tatarska.
– Albo Ślązak. Nie chcą judasze być Polakami, to proszę bardzo.
– Po uchwaleniu ustaw toruńskich większość Ślązaków podpisała polską listę narodową.
– Łaski nie robili.
– Komu laski nie robili?
– Łaski. Tym, co podpisali, ufam jeszcze mniej. Nie ma gorszego Żyda od przechrzty.
– Kiedy ma być ta cała inscenizacja? – zapytał Płaziński.
– Intronizacja – poprawił go Kułakowski.
– Za dwa tygodnie.
– No to bieda. Licho z czasem.
– Czas jest pojęciem względnym – powtórzył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko. Nadęta pierdoła. Płaziński chętnie by mu poradził, żeby wyjął korek z dupy. Płazińki dobrze znał Gawełkę. Gawełko zjadłby własne gówno, żeby zostać ministrem spraw wewnętrznych albo obrony narodowej, ale na razie musiał obejść się smakiem.
– Chciałbym wszystkich poinformować, że wywiad już znalazł kandydata. Formalnie nasz, ale zarazem w najlepszym słowa tego znaczeniu obcy – powiedział Leszek Madziar. – Sprawa jest ściśle tajna. Pani premier zna szczegóły.
Twarze zebranych obróciły się w kierunku pani premier. Renata Giez poprawiła włosy.
– Jeszcze jedna kwestia – przypomniał minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Wtajemniczamy prezydenta?
Zrobiło się cicho. Z jednej strony prezydent był diablo katolicki, z drugiej strony bano się tego, co Kołatka może palnąć. Powolność myślenia w połączeniu z szybkością wymowy sprawiała, że dopiero parę chwil po wypowiedzeniu zdania prezydent zaczynał rozumieć, co ono znaczy. Poza tym jego spontaniczne reakcje bywały przesadzone i nieobliczalne. Tak jak w zeszłym roku, kiedy w rocznicę zamachu na pierwszego prezydenta niepodległej Polski Gabriela Narutowicza, którego na śmierć zaszczuła narodowo-katolicka prawica, Kołatka złożył kwiaty na grobie jego zabójcy, niejakiego Niewiadomskiego. Rzeczniczka prezydenta, była miss Polonia, tłumaczyła, że stało się to przez niedopatrzenie i z uśmiechem koloru blond przeprosiła za zabawne qui pro quo. Uśmiech rzeczniczki to i tak było nic w porównaniu ze słynnym uśmieszkiem Kołatki, który przywodził na myśl minę zadowolonego z siebie mordercy przekonanego o tym, że policja nigdy nie znajdzie zwłok.
– Lepiej żeby Kołatka nie mieszał – przerwał minutę ciszy Rafał Milczewski. Głaskał się po nosie orłosępa. Był świadom karykaturalnych cech swojego wyglądu, ale własnej karykatury narysować nie potrafił. Przynajmniej nie tak dobrze jak innych. – Prezydentowi ani dudu.
Sugestia doradcy wydała się Renacie Giez rozsądna.

czwartek, 13 lipca 2017

Rozdział 17/38


Magda tęskniła. Nie było wieści.
Dostała na krótko pracę interwencyjną w zieleni miejskiej. Zieleń miejska zaczęła żółknąć. Magda grabiła w parku i zadrzewionych alejkach pierwsze opadłe liście. Nie było wiatru, liście spadały powoli ruchem wahadłowym, stopniowo tonąc w gęstym jak syrop powietrzu.
Magda tęskniła. Uschłe liście pachniały orzechowo. Wcześnie rano poszła do sklepu we mgle o gorzkim smaku. Przez mgłę przesączało się słońce i osładzało gorycz. Potem Magda sprzątała w domu. Otworzyła okna, żeby przewietrzyć pomieszczenia. Siostry bały się zimnego powietrza i przeciągów. Dom przesiąknięty był słodko-kwaśnym zapachem ich zwiędłych ciał. Wzdłuż ogrodzenia oddzielającego dom sióstr od ulicy rósł żywopłot z bukszpanu o ostrej woni kociego moczu.
Po pracy pomagała siostrom w kuchni. Staruszki lubiły Magdę, ale nie mogły nic na jej smutek poradzić. Same potrzebowały pomocy i pociechy. Wieczorem Magda kładła się na tapczanie w swoim malutkim pokoju i czytała. W domu sióstr nie było telewizora ani komputera. Przez całe dotychczasowe życie, praktycznie od dziecka Magda była uzależniona od internetu. Teraz sama się dziwiła, że jej ciągłego dostępu do sieci właściwie nie brakuje. Było to przyjemne, zawierające coś pogodnego zdziwienie. Magda nabrała dystansu. Obserwowała, jak sieć się zmieniała i pokonała drogę od nowoczesnej „Biblii pauperum”, księgi mądrości analfabetów, do czegoś, co obecnie bardziej przypominało kanalizację, która jest potrzebna i powinna działać, ale lepiej za często do niej nie zaglądać.
Siostry kładły się wcześnie do łóżek, ale nie spały. Cierpiały na starczą bezsenność. Leżały i myślały. O czym? Może się modliły, żeby nie myśleć.
I Magda w niektóre noce modliła się długo, żeby zasnąć. Powtarzała w kółko te same dwie modlitwy, aż ją zmorzyło. Miała też inny sposób. Nauczyła się ulubionych wierszy na pamięć i mówiła je w myśli po ciemku, otulona kołdrą, dopóki nie odpłynęła w inny, jasny świat. Nie miewała koszmarów. Każdy sen był lepszy od jawy. Czy śmierć jest wiecznym snem? Hamlet bał się nieskończonego koszmaru. Uciec przed bólem w sen śmierci i bez końca śnić cierpienie?
Może jednak po śmierci nie ma nic, zupełnie nic. To jest najbardziej prawdopodobne. Czy da się czerpać z tego pociechę? Epikur mówił, że szczęście to brak cierpienia. Wtedy śmierć jest początkiem wiecznego szczęścia. Wystarczy umrzeć.
Pogrzeb ojca. Proboszcz zabronił pochówku samobójcy w poświęconej ziemi. Ksiądz Jan się ulitował, złamał zakaz i odprawił pogrzeb. „Bóg dał, Bóg zabrał” – powiedział. „A kto daje i odbiera…” – pomyślała wtedy Magda i nie dokończyła.
Mocno tęskniła. Po południu się zachmurzyło. Czuła pomieszany z radością smutek zbliżającego się odjazdu nie wiadomo dokąd. Jak w dzieciństwie, kiedy jeździła z tatą do Piły w odwiedziny do cioci. Patrzyła przez okno na pola i lasy, jak przemijały. Sąsiednia wieś była dalekim światem, a co dopiero Piła, wielkie miasto. Zapach gleby po deszczu. Tęsknota narastała w środku, między brzuchem a żołądkiem. Wibrujące, unurzane w miodzie łaskotanie w kręgosłupie, od karku aż po lędźwie.
Chodziła do biblioteki. Księgozbiór księdza Jana składał się z dzieł o tematyce naukowej i religijnej, nie było beletrystyki. Z wszystkich książek księdza Jana Magdzie najbardziej podobała się Biblia. Całe urywki znała na pamięć.
Zawsze była bardzo dobrą uczennicą. Najlepszą. Od podstawówki do liceum. Z przedmiotów humanistycznych i matematyczno-przyrodniczych. Taki rodzynek. Taka perełka. Tata chciał, żeby studiowała medycynę. Nie dlatego że lekarze dużo zarabiają. Jej tata nie myślał tymi kategoriami. Kochała go. Dlatego może by i tak było, chociaż Magdę zawsze bardziej ciągnęło do fizyki, astronomii. Interesowała się badaniami kosmosu, rozwojem technologii. Mogłaby zostać astrofizykiem. Ostatni raz ludzie lądowali na Księżycu dziesiątki lat temu, Magdy jeszcze nie było na świecie. Już dawno temu naukowcy obiecywali kolonizację Marsa, znalezienie życia pozaziemskiego, kontakt z inną cywilizacją. Magdę fascynowała perspektywa spotkania z obcą inteligencją, dorównującą gatunkowi ludzkiemu albo nawet go przewyższającą. Tylko takie spotkanie mogło dać odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek. Magda chciałaby ją poznać. Bo kiedy patrzyła na to, co robią ludzie, i słuchała tego, co mówią, nie wiedziała. Naprawdę nie wiedziała, kim jest człowiek.
Załogowy lot na Marsa odwlekał się w nieokreśloną przyszłość, a zamiast tego był fejsbuk, jutub, tłyter, bransoletka ze słuchawkami, dizajnerska ładowarka do telefonu, programy liczące kroki, zamek sterowany przez smartfona i ubrania, które analizują skład potu i mówią, czy jeść warzywa i pić owocowy sok. Młodzi, utalentowani, pełni entuzjazmu ludzie poświęcali najlepszy w życiu czas na gadżety i aplikacje, które za rok były do wyrzucenia. Zużywali młodzieńcze siły i zdolności, żeby zarobić pieniądze na kupno nowo wyprodukowanych przedmiotów. Trwonili energię na prymitywną zabawę. Ich życie przemijało bez śladu i bez sensu, jak dzieciństwo. W oczach Magdy wstrząsające było marnotrawstwo natury, która traktowała człowieka tak samo jak trawę, muchy, owady i gryzonie. Ogromna większość ludzi, setki milionów, miliardy istnień ludzkich, żyła bez celu, starzała się bez pożytku i umierała bez sensu.
Czy Magda miała coś przeciwko zegarkowi, który włączy alarm, kiedy wykryje w organizmie komórki rakowe? Czy potępiała okulary, które wyświetlają trójwymiarowe filmy przed oczami? Nie. Jednak to, że życie stawało się coraz zdrowsze, dłuższe, wygodniejsze i przyjemniejsze wcale nie sprawiało, że nabierało ono większego znaczenia. Magda widziała, że jest odwrotnie. Sensu w coraz dłuższym i zdrowszym życiu było coraz mniej. Najokrutniejsze w tym wszystkim było to, że tylko jakiś ogromny dramat, kataklizm na skalę globalną, mógł w ludziach uratować człowieczeństwo. Sytuacja jak w greckiej tragedii.
Szła do biblioteki, żeby wypożyczyć coś z literatury pięknej. Przeważnie wybierała światową klasykę. Czytała Szekspira, Dostojewskiego. Ze współczesnych polskich autorów lubiła twórczość Ziemowita Popielicy. Powiedzieć, że Ziemowit Popielica jest dobrym pisarzem, to nic nie powiedzieć. Ziemowit Popielica był literackim geniuszem w sensie ścisłym. Był też ewangelikiem. Po wejściu w życie ustaw toruńskich dostał zakaz publikacji, a jego książki poszły na przemiał. Równie chętnie Magda czytała powieści Oli Kowalczuk. Pewnego dnia burmistrz Mierzwa kazał książki Oli Kowalczuk usunąć z miejskiej biblioteki. Magda zapytała, ale bibliotekarka nie wiedziała dlaczego. Nie interesowała się.
Więc Magda usiadła do komputera w czytelni, żeby sprawdzić w internecie. W jednym z wywiadów pisarka powiedziała, że w przeszłości Polacy prześladowali mniejszości religijne i etniczne i zabijali Żydów. Wypowiedź miała miejsce jeszcze przed uchwaleniem ustaw toruńskich. Nie można było Oli Kowalczuk postawić przed sądem, mimo że setki ludzi wysłały zawiadomienia do prokuratur w całym kraju o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pisarkę.
Brak sankcji ze strony organów prawa nie uchronił Oli Kowalczuk przed karą. Zalała ją fala internetowej agresji. Prawicowcy i narodowcy nazywali pisarkę szmatą, ukraińską i żydowską kurwą. Grożono jej śmiercią, zgwałceniem i podpaleniem domu. Kazano wynosić się z kraju. Jeden z przedsiębiorców, laureat konkursu Teraz Polska, ufundował nagrodę dla tego, kto pierwszy pisarce plunie w twarz.
Magda chciała, naprawdę chciała wierzyć w to, że większość społeczeństwa stanowią normalni, przyzwoici ludzie. Być może oszukiwała samą siebie. Łatwiej jest żyć ze świadomością, że ludzie są dobrzy i tylko wyjątkowe bydlaki uczyniły z internetu kloakę dla swoich plugawych myśli i zwierzęcych emocji.
Gdyby Magda miała nieograniczoną władzę, toby kazała tych wszystkich prawicowców i narodowców wytępić jak wszy. Obrzydliwe szczury roznoszące dżumę nienawiści. Trzeba by ich wszystkich wytruć, a ścierwo wywieźć ciężarówkami do spalarni odpadów zwierzęcych.
Krew napłynęła jej do twarzy, tętno szalało, oddychała tak szybko, jakby biegła. Co się z nią dzieje?
Wyszła z biblioteki. Lekko mżyło, nałożyła na głowę kaptur. Mżawka pachniała jak zimna para w piwnicznej pralni.
Magda tęskniła.
Szła pustą ulicą, przy której rosły drzewa głogu. Usłyszała za sobą męskie głosy. Włożyła rękę do kieszeni płaszcza i zacisnęła dłoń na pojemniku z gazem. Dostała od księdza Jana. Przyspieszyła kroku. Mężczyźni zostali w tyle. Nie gonili jej. Przejechał samochód straży miejskiej.
Szła w drobnej mżawce do domu sióstr. Szeptała zapamiętane słowa jak modlitwę albo wiersz.
Niech mnie ucałuje pocałunkami. Olejek rozlany. Pociągnij mnie za sobą. Pobiegnijmy. Cieszyć się będziemy. Synowie matki rozgniewali się na mnie, postawili mnie na straży winnic, a ja własnej winnicy nie ustrzegłam. Wisiorki zrobimy ci złote z kuleczkami ze srebra. Jest mi woreczkiem mirry wśród piersi położonym. Łoże nasze z zieleni. Belkami domu naszego są cedry, a cyprysy ścianami. Lilia pośród cierni. Jabłoń wśród drzew leśnych. W jego cieniu usiadłam. Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami. Lewa jego ręka pod głową moją. Nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama. Cicho. Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Stoi za murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Mówi do mnie: Powstań i pójdź. Minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi widać kwiaty. W szczelinach przepaści ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos. Jest mój, a ja jestem jego. Nim wiatr wieczorny powieje i znikną cienie. Nocą szukałam go, lecz nie znalazłam. Po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów szukać będę. Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto. Znalazłam umiłowanego, pochwyciłam go i nie puszczę. Wśród słupów dymu. Przez wzgląd na nocne przygody. Wstążeczka purpury. Miodem ociekają wargi. Ogrodem zamkniętym jesteś, źródłem zapieczętowanym. Wietrze północny, nadleć, wietrze z południa, wiej przez ogród. Niech wejdzie i spożywa najlepsze owoce. Ja śpię, lecz serce czuwa. Otwórz mi. Pełna rosy głowa, kropli nocy. Wołałam go, lecz nie odpowiedział. Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto. Zbili i poranili mnie, płaszcz mój zdarli ze mnie. Chora z miłości. Kędziory jego włosów czarne jak kruk. W którą zwrócił się stronę. Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie. Zeszłam do ogrodu orzechów, by spojrzeć na świeżą zieleń. Łono, czasza okrągła. Gałązki owocem brzemienne. Zapach jabłek. Wino, które spływa po podniebieniu, zwilżając wargi. Ku mnie zwraca się jego pożądanie. Powędrujemy w pola. Pączki otwarły się, tam ci dam miłość. Ucałowałabym cię i nikt by mną nie mógł pogardzić. Jak śmierć potężna jest miłość. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo, pogardzą nim tylko. Murem jestem jako ta, która znalazła pokój.
Gdzie jesteś?


czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 16/38


Złośliwi mówili, że to ze względu na kobiece ciepło Renacie Giez powierzono piastowanie tak ważnego stanowiska.
Wbrew mylnemu wrażeniu, jakie można było odnieść, słuchając pustosłowia, którym się posługiwała z manierą tak naturalną, jakby nie znała żadnego innego sposobu wypowiedzi, premier Renata Giez nie była od początku politykiem. Tak jak po sympatycznym chłopczyku nie widać, że będzie w przyszłości bandytą, a po ślicznej dziewczynce, że zostanie prostytutką, tak po Renacie Giez nikt nie spodziewał się politycznej kariery, najmniej rodzice.
W którymś momencie swojego życia Renata Giez przez przypadek dołączyła do jednej z dwóch konkurujących o władzę partii i w miarę integracji ze środowiskiem politycznym, w którym się znalazła, jej oddanie własnej partii i niechęć do partii konkurencyjnej rosły. Im bardziej krytyczna była Renata Giez wobec ugrupowania, w którym nie była, tym bardziej była bezkrytyczna wobec ugrupowania, w którym była. To samo się działo z innymi czołowymi politykami oraz skupionymi wokół nich partyjnymi i medialnymi ciurami. Tak jak opiłki żelaza potężne i niewidzialne siły spychały ich na przeciwległe bieguny magnesu.
Renata Giez czytała o eksperymencie profesora Zimbardo, który podzielił losowo grupę studentów na więźniów i strażników. Po pewnym czasie studenci biorący udział w doświadczeniu utożsamili się ze swoją grupą i zaczęli coraz gorliwiej spełniać przypisaną im funkcję. Strażnicy, którymi byli normalni młodzi ludzie bez żadnych odchyleń osobowości, co wykazały testy, na polecenie fałszywego dyrektora więzienia, którego akceptowali jako autorytet, poniżali studentów, którzy grali rolę więźniów, odmawiali im praw i sprawiali im ból. Doświadczenie przerwano, ale dla obserwatorów stało się jasne, że gdyby je kontynuować, grający role strażników zdrowi psychicznie ludzie zaczęliby więźniów torturować i w ostateczności zamęczyliby ich na śmierć, nie tylko wierząc, że czynią dobrze, ale doznając przy tym przyjemności.
Zwycięstwo jej partii w wyborach sprawiło, że Renata Giez znalazła się w grupie strażników. O ile członkowstwo Renaty Giez w zwycięskiej partii było przypadkiem, o tyle wygrana tej partii w wyborach przypadkowa nie była, ponieważ to właśnie tę partię poparł Kościół, który zrobił to nie przez przypadek. Kwestią otwartą pozostawało, kto pełnił funkcję usprawiedliwiającego nikczemność dyrektora więzienia. Z jednej strony byłoby uproszczeniem i naiwnością sądzić, że chodzi o konkretnego pojedynczego człowieka, z drugiej strony wskazanie palcem na ogólną atmosferę było zbyt mgliste. Jedno jest pewne, Renata Giez doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby zrządzeniem losu znalazła się w tamtej drugiej partii – a była tego blisko, bo początkowo chciała się do tamtej drugiej partii zapisać, ale jej nie przyjęto – byłaby teraz w grupie umownych więźniów, a nie umownych klawiszy.
Wiedza o istnieniu złych mechanizmów psychologicznych nie oznacza, że można je skorygować. Wiedzę o istnieniu złych mechanizmów psychologicznych można jednak pomyślnie spożytkować. Diagnoza w polityce służy nie do leczenia choroby, lecz do osiągnięcia z tej choroby jak największych profitów politycznych, co w rezultacie prowadzi do jej celowego podsycania.
Kiedy grupa uczonych z Akademii Nauk zatrwożyła się wynikami badań wskazujących na to, że ogromny odsetek polskiego społeczeństwa stanowią niemający pojęcia o świecie analfabeci niezdolni do przeprowadzenia elementarnych procesów myślowych w oparciu o logikę, politycy nie podjęli żadnych działań, które miałyby na celu edukację imbecyli, ale tak zmienili swój przekaz, żeby imbecylizm wyborców wykorzystać do osiągnięcia jak najlepszego wyniku w wyborach.
Czy człowiekowi inteligentnemu i wykształconemu – Renata Giez niczym Margaret Thatcher ukończyła chemię na uniwersytecie, o podyplomowych studiach politologicznych nie wspominając – czy zatem człowiekowi inteligentnemu i wykształconemu trudniej jest pogodzić się z oczywistymi absurdami i jawnymi kłamstwami niż zwykłemu imbecylowi? Wcale nie. Człowiek inteligentny i wykształcony doskonale sobie poradzi. Zbuduje skomplikowany pod względem intelektualnym system. Dla podtrzymania bredni najzdolniejsze umysły tworzą całe gałęzi naukowe, ideologie, teologie, filozofie.
Renata Giez sumiennie i z pełnym przekonaniem poparła uchwalone przez sejm i ogłoszone na zjeździe partii w Toruniu ustawy o ochronie polskości i wartości narodowo-katolickich oraz ustawę o sztuce zdegenerowanej.
Na mocy ustaw toruńskich ateistów i innowierców można było pozbawić obywatelstwa, ochrony prawnej i własności. Odebrano im czynne i bierne prawa wyborcze. Pierwotnie ustawodawca przewidywał deportację ateistów i heretyków, ale wobec niechęci sąsiadów do przyjęcia uchodźców, planowano w przyszłości, kiedy sytuacja gospodarcza się poprawi a ludziom będzie się żyło dostatniej, budowę obozów w kraju. Z oczywistych względów ateiści, innowiercy, obcokrajowcy i członkowie niepolskich narodowości nie mogli pełnić służby w urzędach państwowych, policji i wojsku. Zostali też pozbawieni możliwości pracy w szkolnictwie, opiece zdrowotnej, mediach i instytucjach kulturalnych i naukowych. Nie mogli zakładać firm ani być właścicielami ziemi i budynków. Ponadto zabronione zostały małżeństwa między katolikami a niekatolikami i między Polakami a nie-Polakami. Zezwolono na rozwiązanie zawartych wcześniej tego typu małżeństw. Stosunki intymne między katolikami a niekatolikami oraz Polakami a nie-Polakami zostały zakazane i podlegały karze jako zhańbienie polskości. Oskarżanie Polaków o jakiekolwiek zło, zwłaszcza nietolerancję, szmalcownictwo, udział w pogromach i ucisk mniejszości, stało się przestępstwem szkalowania narodu polskiego, który zawsze był, jest i będzie tak niewinny jak Chrystus wobec Żydów. Na zakończenie historycznego zjazdu partii w Toruniu w symbolicznym akcie oczyszczenia spalono na stosie szkalujące naród polski książki historyczne.
Ustawa o sztuce zdegenerowanej wymierzona była w elementy obce polskiej i katolickiej sztuce, muzyce, filmowi i literaturze. W Muzeum Narodowym zorganizowano wystawę, na której prezentowano zdegenerowane prace. W jednej z sal wyświetlany był film, w którym nagi mężczyzna ociera się genitaliami o figurę Jezusa przybitego do krzyża, oraz nagranie wideo pokazujące komando gejów w różowych kominiarkach, które napada na mężczyzn hetero i ich gwałci. W tej samej sali stał monitor, gdzie można było obejrzeć film animowany, na którym wieże kościołów krakowskich jedna po drugiej startują w kosmos jak rakiety, ciągnąc za sobą dym i płomienie. Jedna z ekspozycji przedstawiała nagie ludzkie ciała bez skóry w różnych pozach. Inna ekspozycja obrazowała scenę ze sztuki teatralnej, w której Jezus kopie w tyłek papieża. Wśród eksponatów był krzyż zanurzony w moczu i krzyż z fotografią męskich genitaliów. Na ścianach powieszono zdjęcia lesbijek w sukniach ślubnych, kobiety z brodą i kobiety z doklejonym penisem. Można było zobaczyć fotografie przytulonych mężczyzn, obraz Maryi i Dzieciątka z kurzymi twarzami, fotomontaż ukazujący papieża Benedykta całującego w usta imama Kairu. Na środku jednej z sal leżała na podłodze figura papieża Polaka przygnieciona meteorytem. W tle nadawano muzykę z ostatniego death metalowego albumu zespołu Behemoth.
Premier Renata Giez otworzyła wystawę sztuki zdegenerowanej w towarzystwie ministra kultury i dziedzictwa narodowego Maksymiliana Dudka, jednego z najbardziej produktywnych członków rządu, który kilka miesięcy temu wykreślił z repertuaru filharmonii utwory Prokofiewa i Szostakowicza jako propagujące totalitaryzm. Obaj kompozytorzy byli bowiem laureatami nagrody stalinowskiej. Przed dwoma miesiącami wyszła z ministerstwa kultury instrukcja, aby Muzeum Drugiej Wojny Światowej kładło większy nacisk na pozytywne aspekty wojny i wyraźniej eksponowało rolę Kościoła katolickiego. W tym tygodniu zarządzeniem ministra Dudka wprowadzono obowiązek grania hymnu narodowego przed każdym seansem w kinie. Brak postawy na baczność miał być karany grzywną i aresztem.
Wstęga została przecięta i wzniesiono toast winem z najlepszych na świecie polskich jabłek. Wyjątkowo obeszło się bez poświęcenia wystawy przez biskupa. Wieczorem, po zamknięciu muzeum, do świętowania przystąpili strażnicy, racząc się najlepszą na świecie polską wódką z żyta i ziemniaków.
Przed naradą wąskiego kierownictwa rady ministrów Renata Giez spryskała się perfumami i zmieniła garsonkę. Przedtem fryzjerka zrobiła jej włosy. Po fryzjerce przyszła makijażystka i zrobiła jej twarz. Renata Giez była premierem, ale była też kobietą. Nie mogła sobie pozwolić na najmniejsze zaniedbanie. Mężczyzna miał łatwiej. Zalatujący potem, nieogolony, bez krawata, bez marynarki, z potarganymi włosami i rozchełstany pod szyją, mógł mieć wygląd łajzy, co wróciła z balangi, ale równie dobrze mógł wyglądać na zapracowanego decydenta. Kobiecie pozostawała tylko pierwsza opcja. Zwłaszcza kiedy już dobrze na piąty krzyżyk nastąpiła.
Koordynator służb specjalnych Leszek Madziar przekazał premier Renacie Giez ściśle tajny raport. Odkryto uśpionego agenta Kalifatu. Był ulokowany w strukturach Agencji Bezpieczeństwa. Posiadano twarde dowody. Kupiono nagranie, które koordynator służb specjalnych widział na własne oczy i nazwał wstrząsającym. Wtyczkę można by zlikwidować choćby dzisiaj, ale nie o to chodzi. Lepiej mieć tego człowieka na oku i zobaczyć, do czego zmierza. Jakie jest jego zadanie i czy ma wspólników. Samotny wilk czy cała wataha. Wywiad postara się tego dokazać. Ze zdrajcy, zanim zostanie zlikwidowany, mogą być korzyści.


czwartek, 29 czerwca 2017

Rozdział 15/38


Metropolita warszawski Gembicki i prymas Szembek należeli do frakcji zwanej gnieźnianami. W skład drugiej frakcji, którą nazywano toruńczykami, wchodzili metropolita krakowski Grabek i przewodniczący episkopatu metropolita poznański Jagieło.
Multimedialna prezentacja przygotowana przez biskupa pomocniczego Kanię, prawą rękę prymasa Szembeka, była kluczowym punktem programu nadzwyczajnej konferencji. W sali zasłonięto okna i zgaszono światła, żeby było lepiej widać. Kania referował materiał, jego sekretarz ksiądz Łukasz obsługiwał sprzęt. Był odpowiedzialny za komputer, projektor i nagłośnienie. Biskupi, arcybiskupi i kardynałowie patrzyli i słuchali. Po skończonej prezentacji w pomieszczeniu na długo zaległa cisza.
Arcybiskup Lichecki, którego miało nie być, ale wcześniej wrócił z wakacji na Karaibach, siedział z tyłu. Kania pomyślał, że przynajmniej on nie będzie się po wiadomym skandalu bez potrzeby odzywać. Podobno miał chore serce.
Pierwszy zabrał głos przewodniczący episkopatu Jagieło.
– Z zatroskaniem wysłuchaliśmy wieści o boleści biskupa Kani, lecz z jeszcze większą radością dowiedzieliśmy się o jego wydobrzeniu. – Arcybiskup Jagieło sam nie był kwitnącego zdrowia, czekała go operacja wątroby. – Chyba będę wyrazicielem życzenia wielu tu obecnych, jeśli powiem, że chętnie poznałbym uzdrowiciela osobiście.
Odpowiedział mu cichy pomruk aprobaty i stukanie rąk w pulpity. Kto by nie chciał być zdrowy? Można by ułożyć długą listę poważnych chorób, których nosicielami byli biskupi. Nie mówiąc o bólach w krzyżu, powszechnej przypadłości sędziwych pasterzy Kościoła.
Kania patrzył, jak obecni zamiast klaskać, tylko lekko i od niechcenia uderzają jedną dłonią w pulpity ław. Kiedyś czytał o buddyzmie i tam padło pytanie, które miało skłonić do refleksji: jak brzmi klaskanie jedną ręką. Niektórzy twierdzili, że Jezus był pierwszym buddystą. Jakby dłużej pomyśleć, był też pierwszym muzułmaninem. Nie żeby Kania chciał zmieniać wyznanie.
„Nie tak szybko z tym poznawaniem”, pomyślał arcybiskup Szembek. „Co nagle, to po diable”. Był jednym z najmłodszych i cieszył się niezłą kondycją fizyczną. Wstał i przebiegł oczyma po zebranych. Spośród bladych, zwiędłych lic wyróżniała się ogorzała twarz biskupa polowego.
– Osobiste spotkanie będzie możliwe w późniejszym terminie – powiedział. – Posiadamy, jak sądzę, już teraz wystarczającą wiedzę, aby podjąć pewne decyzje.
– Otwiera się przed nami perspektywa nowej jakości – dodał arcybiskup Gembicki. – Wiele lat minęło od śmierci świętego Jana Pawła Drugiego. Potrzebujemy nowego zastrzyku religijności. Nowego rozdania.
– Warszawa pierwsza w nowinkarstwie – zauważył kardynał krakowski Grabek kąśliwie. – Nie tak hej do przodu. Jesteśmy uwiadomieni na tyle, żeby podjąć temat. Co do decyzji…
– Ksiądz Barabasz z Kenii też leczy z nowotworów – odezwał się biskup Gruba z diecezji katowickiej. – Cuda cudami, ale w afrykańskie wskrzeszenia nie wierzę. To jednak jest jakieś szamaństwo. Choćby mi tu cały zakon redemptorystów przysięgał, to nie dam wiary.
– Rzeczy trudne do uwierzenia grają ważną rolę w umacnianiu wiary – obwieścił z pietyzmem biskup lubelski, człowiek z natury małomówny, ale z tendencją do sentencjonalności.
– Wszelako on dziwnie reaguje na krucyfiks – zauważył arcybiskup tarnowski Dobosz.
– Poza tym prezencja. – Do dyskusji włączył się wpływowy kardynał Dąbrowski. – Niezgodna z ikonografią. Czy lud jest przygotowany?
– Mnie również ten szkopuł rzucił się w oczy – poparł go arcybiskup tarnowski, którego krótko przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi wybrano na przewodniczącego Rady Prawnej Konferencji Episkopatu. Prymas Szembek wargi zagryzał ze wstydu, kiedy arcybiskup Dobosz zakazał dekretem poprzedniemu prezydentowi przyjmowania komunii świętej za to, że podpisał ustawę dopuszczającą zapłodnienie pozaustrojowe. Co miał czynić? Nie mógł podważać jedności polskiego Kościoła. Tamtą ustawę nowy rząd i tak wyrzucił do kosza.
– Chodzi o to, że nie ma niebieskich oczu i blond włosów? Jego powierzchowność jest zbyt semicka? – zapytał prymas Szembek, doskonale panując na sobą, tak aby nie ujawnił się nawet cień ironii.
– Nie bawmy się w eufemizmy. Jesteśmy wśród swoich. On wygląda jak Arab. On nawet mówi jak Arab. Nie mam nic przeciwko Arabom, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej…
– Pan Jezus był Żydem. Należał do ludu blisko spokrewnionego z Arabami. Miał wygląd typowy dla mieszkańców Bliskiego Wschodu. Nie wymażemy jego śniadej karnacji, czarnych włosów i kroju nosa z historii zbawienia – powiedział Szembek.
– Święty Paweł powiedział: nie będzie Żyda ani Greka – skontrował przewodniczący episkopatu Jagieło.
– Czy to oznacza, że Arab ma mieć blond włosy, a Murzyn jasną skórę? – zapytał metropolita warszawski Gembicki, który przyszedł w sukurs Szembekowi.
– Ksiądz Barabasz z Kenii czarny jak węgiel – wtrącił biskup diecezji katowickiej Gruba. – A uzdrawia.
– Słowa świętego Pawła nie znaczą – kontynuował arcybiskup Gembicki – że w idealnym świecie zanikną różnice. Znikną związane z nimi niesprawiedliwe konotacje.
– W idealnym świecie… – westchnął metropolita krakowski kardynał Grabek i nie dokończył oczywistej dla zebranych myśli. – Mniejsza z tym. Dobra makijażystka potrafi zdziałać cuda.
– Nie trzeba naturalnego wizerunku tuszować – powiedział Szembek. – Da się go przedstawić jako atut.
– Jakim sposobem? – zapytał przewodniczący Jagieło.
– Inna powierzchowność jako świadectwo pochodzenia z Ziemi Świętej.
– Gorzej z wymową – Jagieło nie dawał za wygraną.
– Obca wymowa też nie jest przeszkodą – parował Szembek. – Przeciwnie, jest jego silną stroną, bo podkreśla, że mamy do czynienia z kimś nie z tej ziemi.
– Idzie o wiarygodność. – Gembicki poparł Szembeka. – Jak by to wyglądało, gdyby ktoś taki mówił jak warszawiak z Pragi?
– Albo Ślązak – wtrącił Dobosz, spoglądając na biskupa katowickiego.
– Albo góral – odpowiedział Gruba.
– Lub też, powiedzmy, zaciągał jak wieśniak spod Białegostoku – ciągnął metropolita warszawski. – Nie byłby wiarygodny dla ogółu. Ludzie śmialiby się z niego. Jak to mówią, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Z drugiej strony gdyby brzmiał jak spiker telewizyjny albo polityk, kto by uwierzył? Kto by zechciał słuchać jego słów?
– Przede wszystkim nie słowa są tu najważniejsze – wszedł mu w słowo prymas Szembek – ale znaki. To, co można dotknąć i zobaczyć.
– Otóż to – powiedział kardynał Dąbrowski. – Przejdźmy do rzeczy.
– Jak dostojnym zebranym wiadomo, uchwalona przez sejm i podpisana przez prezydenta Kołatkę intronizacja Jezusa Chrystusa na cara Świętego Carstwa Rzymskiego Narodu Polskiego odbędzie się w przyszłym miesiącu. Sprawę tę monitoruje obecny tutaj biskup Kania – prymas Szembek dokonał lekkiego skrętu tułowia w stronę siedzącego po jego prawej ręce biskupa pomocniczego. – Pokaz Boskiej mocy przez uzdrowiciela o imieniu Adam ogromnie by ten akt uwznioślił, nadał mu ludzki i transcendentny zarazem wymiar.
– Mowa o publicznych cudach? Na zawołanie? Ktoś mógłby kwestionować – siał zwątpienie przewodniczący Jagieło.
– Kto taki?
Arcybiskup Szembek nie doczekał się odpowiedzi. Udział uzdrowiciela Adama w uroczystości to była jedna rzecz. Prymas Szembek i metropolita warszawski Gembicki mieli plany i zamiary idące dalej. Trzeba było jednak wpierw wstępnie do nich przekonać ścisłe kierownictwo episkopatu zebrane na nadzwyczajnej konferencji.
– Wszyscy słyszeliśmy, jak dobrze boży człowiek imieniem Adam zna Pismo Święte – zaczął prymas.
– Oprócz aparycji i akcentu to była druga rzecz, która mnie zastanowiła – zgodził się Dobosz. – Ten człowiek potrafiłby nawet mnie zapędzić w kozi róg!
– Mniemam, że nikt nie weźmie mi tego za złe, jeśli powiem, że zdołałby tej sztuki dokonać pierwszy lepszy świadek Jehowy. Jest to najlepszy dowód na to, że sama znajomość Biblii o niczym nie świadczy – powiedział kardynał Dąbrowski, zajmujący pozycję neutralną względem obu frakcji. Kania przypomniał sobie, że sam użył podobnego argumentu w rozmowie ze swoim sekretarzem.
– Moją intencją jest zwrócić uwagę na te cechy Adama, które nie muszą, ale mogą być zesłanym nam darem, o ile będziemy umieli to przesłanie rozpoznać i wykorzystać.
– Prosimy o rozwinięcie tematu – zachęcił kardynał Grabek.
– Przez wieki całe, mroczne czasy zaborów, wojen, okupacji i narzuconych z zewnątrz totalitarnych reżimów, komunistycznego, liberalnego i demokratycznego, Polska była umęczonym Chrystusem narodów. Najwyższy czas, aby przestało to pociągać za sobą tylko negatywne skutki w postaci cierpień i męczeństwa. Nadeszła pora na chwałę. Tak jak przed Chrystusem, po długiej męce i krańcowym poniżeniu, ugina się teraz każde kolano, tak też Polsce powinny oddać sprawiedliwość narody świata. Powinniśmy wreszcie zająć należne nam miejsce.
Wypowiedź arcybiskupa Szembeka była zadziwiająca i zarówno przewodniczący episkopatu Jagieło, jak i metropolita krakowski Grabek słuchali z najwyższą uwagą. Zaiste przedziwne czasy nastały. Słowa jednego z przywódców gnieźnian spłynęły miodem na serca toruńczyków.
– Czy to ma znaczyć, że on mógłby być…? – arcybiskup poznański Jagieło pytająco zawiesił głos.
– Powiedzmy, że wcieleniem tego, na którego przyjście liczymy – dokończył metropolita warszawski.
Zapadła cisza, która przeciągnęła się jeszcze dłużej niż pauza po skończonej prezentacji biskupa Kani. W końcu cisza pękła i zaczęła się dyskusja.
– Gdzie go znaleziono?
– Koło śmietnika.
– Miałby rządzić tu i teraz? Co z premierem i prezydentem? Jaką rolę odgrywałby episkopat?
– Chodzi raczej o rządy symboliczne.
– Mam nadzieję. Władca na ziemi to co innego niż w niebie. Zwłaszcza władca będący wyrocznią w sprawach wiary.
– Niczym kalif.
– Ostrożnie z analogiami.
– Kalif, nie kalif, historia uczy, że złote wieki pokrywają się z okresami połączenia władzy świeckiej z duchową. Usankcjonowane przez Boga małżeństwo tronu i ołtarza stworzyło imperia.
– Papież Jan Paweł Drugi podczas wizyty w sejmie wołał: wiwat król, wiwat naród, wiwat wszystkie stany.
– Te kwestie są do rozważenia. Musimy dobrze czytać znaki. Być może chodzi o grzech. Ofiara przebłagalna.
– Dobrze zgaduję? Gdyby tu został umęczony. Bylibyśmy nową Ziemią Świętą. Cały świat by do nas pielgrzymował.
– Warszawa Mekką chrześcijaństwa.
– Polska drugą Arabią Saudyjską.
– Jednak bez ropy naftowej.
– Krew męczenników cenniejsza od ropy.
– Krew męczenników nasieniem wiary.
– Ukrzyżowanie w dzisiejszych czasach?
– Są sposoby. Męczeństwo niejedno ma imię.
– Kto miałby to uczynić?
– Ktoś obcy.
– Niemcy mają wprawę.
– Rosjanie nie gorsi.
– Ale czy nie przypisano by winy Polakom? Co rusz słyszy się w zachodnich mediach o polskich obozach koncentracyjnych.
Ksiądz Łukasz, przysłuchując się dyskusji hierarchów, zwalczał senność. Zdarzające się tu i ówdzie oskarżanie Polaków o współudział w holokauście było jako uogólnienie niesprawiedliwie, chociaż Bogiem a prawdą, kiedy jechały do obozów śmierci wagony pełne Żydów, nikt się na torach nie kładł, a podziemna Armia Krajowa skazała w czasie wojny tysiące Polaków na śmierć za donoszenie hitlerowcom na Żydów i własnoręczne ich zabijanie. Ksiądz Łukasz ledwo bronił się przed snem. Skąd ten obraz z ludźmi kładącymi się na szynach? Przypomniał sobie. Widział to kiedyś w telewizji: młodzi Niemcy siedzący na torach, po których transportowano odpady radioaktywne z elektrowni atomowych. Odwaga pięknie rozkwita, kiedy człowiekowi nic nie grozi.
– Również za ukrzyżowanie Jezusa wini się Żydów, mimo że dokonali tego aktu Rzymianie na ziemiach izraelskich znajdujących się pod rzymską okupacją.
– Ludzie myślą ahistorycznie. Nie mają pojęcia o geopolityce.
– A jakby bez ofiary. Zdrowe i całe wniebowstąpienie.
– Bezpiecznie i z triumfem.
Ksiądz Łukasz obserwował kątem oka arcybiskupa Licheckiego. Ten nie zabierał głosu i jakby wcale nie słuchał. Nerwowo manipulował smartfonem, który przestał reagować na jego dotyk. Tajemnicą poliszynela było tamto skandaliczne zdarzenie, kiedy w sekrecie, incognito, trzeba było przewieźć hierarchę do specjalistycznej kliniki, bo mu wibrator w trakcie miłosnych igraszek w miejscu erogennym utkwił.
– Czy to wszystko jest nam w ogóle potrzebne? – biskup lubelski rzadko włączał się do sporu, ale jak coś powiedział, to poruszał fundamenty, na których spór się zasadzał.
– Nam nie, ale ludowi tak – odpowiedział na to prymas Szembek i zacytował Ewangelię według świętego Jana: – „Jeżeli nie zobaczycie znamion i cudów, nie uwierzycie”.
– A jak on nie przez niebo jest przysłany? – zapytał znienacka kardynał Grabek.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Zebrani się usztywnili. Metropolita Gembicki szykował się do zabrania głosu w tej kwestii. Spodziewał się takiego dictum i miał przygotowaną na tę okoliczność ripostę. Nieoczekiwanie uprzedził go kardynał Dąbrowski.
– Jest takie stare żydowskie powiedzenie: Po czym poznać fałszywego Mesjasza? Po tym, że przyszedł.
Rozległy się śmiechy, atmosfera się rozluźniła. Kardynał Dąbrowski niby poparł Grabka, ale zrobił to w taki przemyślny sposób, że pozbawił jego ważki argument powagi. Gembicki nie mógł wyjść z podziwu.
– Gdzie on teraz jest? – zapytał Jagieło.
– W bezpiecznym miejscu. Biskup Kania ma o nim staranie – odpowiedział prymas Szembek.
Dyskusja trwała dalej, aż osiągnięto konsensus w paru istotnych zagadnieniach. Ostateczne rozstrzygnięcie, co jest lepsze: męczeństwo czy wniebowstąpienie, nie zapadło, ponieważ większość zgromadzonych nie umiała się jednoznacznie opowiedzieć za żadną z tych alternatyw, a byli i tacy, co postulowali koniunkcję.