czwartek, 29 czerwca 2017

Rozdział 15/38


Metropolita warszawski Gembicki i prymas Szembek należeli do frakcji zwanej gnieźnianami. W skład drugiej frakcji, którą nazywano toruńczykami, wchodzili metropolita krakowski Grabek i przewodniczący episkopatu metropolita poznański Jagieło.
Multimedialna prezentacja przygotowana przez biskupa pomocniczego Kanię, prawą rękę prymasa Szembeka, była kluczowym punktem programu nadzwyczajnej konferencji. W sali zasłonięto okna i zgaszono światła, żeby było lepiej widać. Kania referował materiał, jego sekretarz ksiądz Łukasz obsługiwał sprzęt. Był odpowiedzialny za komputer, projektor i nagłośnienie. Biskupi, arcybiskupi i kardynałowie patrzyli i słuchali. Po skończonej prezentacji w pomieszczeniu na długo zaległa cisza.
Arcybiskup Lichecki, którego miało nie być, ale wcześniej wrócił z wakacji na Karaibach, siedział z tyłu. Kania pomyślał, że przynajmniej on nie będzie się po wiadomym skandalu bez potrzeby odzywać. Podobno miał chore serce.
Pierwszy zabrał głos przewodniczący episkopatu Jagieło.
– Z zatroskaniem wysłuchaliśmy wieści o boleści biskupa Kani, lecz z jeszcze większą radością dowiedzieliśmy się o jego wydobrzeniu. – Arcybiskup Jagieło sam nie był kwitnącego zdrowia, czekała go operacja wątroby. – Chyba będę wyrazicielem życzenia wielu tu obecnych, jeśli powiem, że chętnie poznałbym uzdrowiciela osobiście.
Odpowiedział mu cichy pomruk aprobaty i stukanie rąk w pulpity. Kto by nie chciał być zdrowy? Można by ułożyć długą listę poważnych chorób, których nosicielami byli biskupi. Nie mówiąc o bólach w krzyżu, powszechnej przypadłości sędziwych pasterzy Kościoła.
Kania patrzył, jak obecni zamiast klaskać, tylko lekko i od niechcenia uderzają jedną dłonią w pulpity ław. Kiedyś czytał o buddyzmie i tam padło pytanie, które miało skłonić do refleksji: jak brzmi klaskanie jedną ręką. Niektórzy twierdzili, że Jezus był pierwszym buddystą. Jakby dłużej pomyśleć, był też pierwszym muzułmaninem. Nie żeby Kania chciał zmieniać wyznanie.
„Nie tak szybko z tym poznawaniem”, pomyślał arcybiskup Szembek. „Co nagle, to po diable”. Był jednym z najmłodszych i cieszył się niezłą kondycją fizyczną. Wstał i przebiegł oczyma po zebranych. Spośród bladych, zwiędłych lic wyróżniała się ogorzała twarz biskupa polowego.
– Osobiste spotkanie będzie możliwe w późniejszym terminie – powiedział. – Posiadamy, jak sądzę, już teraz wystarczającą wiedzę, aby podjąć pewne decyzje.
– Otwiera się przed nami perspektywa nowej jakości – dodał arcybiskup Gembicki. – Wiele lat minęło od śmierci świętego Jana Pawła Drugiego. Potrzebujemy nowego zastrzyku religijności. Nowego rozdania.
– Warszawa pierwsza w nowinkarstwie – zauważył kardynał krakowski Grabek kąśliwie. – Nie tak hej do przodu. Jesteśmy uwiadomieni na tyle, żeby podjąć temat. Co do decyzji…
– Ksiądz Barabasz z Kenii też leczy z nowotworów – odezwał się biskup Gruba z diecezji katowickiej. – Cuda cudami, ale w afrykańskie wskrzeszenia nie wierzę. To jednak jest jakieś szamaństwo. Choćby mi tu cały zakon redemptorystów przysięgał, to nie dam wiary.
– Rzeczy trudne do uwierzenia grają ważną rolę w umacnianiu wiary – obwieścił z pietyzmem biskup lubelski, człowiek z natury małomówny, ale z tendencją do sentencjonalności.
– Wszelako on dziwnie reaguje na krucyfiks – zauważył arcybiskup tarnowski Dobosz.
– Poza tym prezencja. – Do dyskusji włączył się wpływowy kardynał Dąbrowski. – Niezgodna z ikonografią. Czy lud jest przygotowany?
– Mnie również ten szkopuł rzucił się w oczy – poparł go arcybiskup tarnowski, którego krótko przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi wybrano na przewodniczącego Rady Prawnej Konferencji Episkopatu. Prymas Szembek wargi zagryzał ze wstydu, kiedy arcybiskup Dobosz zakazał dekretem poprzedniemu prezydentowi przyjmowania komunii świętej za to, że podpisał ustawę dopuszczającą zapłodnienie pozaustrojowe. Co miał czynić? Nie mógł podważać jedności polskiego Kościoła. Tamtą ustawę nowy rząd i tak wyrzucił do kosza.
– Chodzi o to, że nie ma niebieskich oczu i blond włosów? Jego powierzchowność jest zbyt semicka? – zapytał prymas Szembek, doskonale panując na sobą, tak aby nie ujawnił się nawet cień ironii.
– Nie bawmy się w eufemizmy. Jesteśmy wśród swoich. On wygląda jak Arab. On nawet mówi jak Arab. Nie mam nic przeciwko Arabom, ale w obecnej sytuacji geopolitycznej…
– Pan Jezus był Żydem. Należał do ludu blisko spokrewnionego z Arabami. Miał wygląd typowy dla mieszkańców Bliskiego Wschodu. Nie wymażemy jego śniadej karnacji, czarnych włosów i kroju nosa z historii zbawienia – powiedział Szembek.
– Święty Paweł powiedział: nie będzie Żyda ani Greka – skontrował przewodniczący episkopatu Jagieło.
– Czy to oznacza, że Arab ma mieć blond włosy, a Murzyn jasną skórę? – zapytał metropolita warszawski Gembicki, który przyszedł w sukurs Szembekowi.
– Ksiądz Barabasz z Kenii czarny jak węgiel – wtrącił biskup diecezji katowickiej Gruba. – A uzdrawia.
– Słowa świętego Pawła nie znaczą – kontynuował arcybiskup Gembicki – że w idealnym świecie zanikną różnice. Znikną związane z nimi niesprawiedliwe konotacje.
– W idealnym świecie… – westchnął metropolita krakowski kardynał Grabek i nie dokończył oczywistej dla zebranych myśli. – Mniejsza z tym. Dobra makijażystka potrafi zdziałać cuda.
– Nie trzeba naturalnego wizerunku tuszować – powiedział Szembek. – Da się go przedstawić jako atut.
– Jakim sposobem? – zapytał przewodniczący Jagieło.
– Inna powierzchowność jako świadectwo pochodzenia z Ziemi Świętej.
– Gorzej z wymową – Jagieło nie dawał za wygraną.
– Obca wymowa też nie jest przeszkodą – parował Szembek. – Przeciwnie, jest jego silną stroną, bo podkreśla, że mamy do czynienia z kimś nie z tej ziemi.
– Idzie o wiarygodność. – Gembicki poparł Szembeka. – Jak by to wyglądało, gdyby ktoś taki mówił jak warszawiak z Pragi?
– Albo Ślązak – wtrącił Dobosz, spoglądając na biskupa katowickiego.
– Albo góral – odpowiedział Gruba.
– Lub też, powiedzmy, zaciągał jak wieśniak spod Białegostoku – ciągnął metropolita warszawski. – Nie byłby wiarygodny dla ogółu. Ludzie śmialiby się z niego. Jak to mówią, nikt nie jest prorokiem we własnym kraju. Z drugiej strony gdyby brzmiał jak spiker telewizyjny albo polityk, kto by uwierzył? Kto by zechciał słuchać jego słów?
– Przede wszystkim nie słowa są tu najważniejsze – wszedł mu w słowo prymas Szembek – ale znaki. To, co można dotknąć i zobaczyć.
– Otóż to – powiedział kardynał Dąbrowski. – Przejdźmy do rzeczy.
– Jak dostojnym zebranym wiadomo, uchwalona przez sejm i podpisana przez prezydenta Kołatkę intronizacja Jezusa Chrystusa na cara Świętego Carstwa Rzymskiego Narodu Polskiego odbędzie się w przyszłym miesiącu. Sprawę tę monitoruje obecny tutaj biskup Kania – prymas Szembek dokonał lekkiego skrętu tułowia w stronę siedzącego po jego prawej ręce biskupa pomocniczego. – Pokaz Boskiej mocy przez uzdrowiciela o imieniu Adam ogromnie by ten akt uwznioślił, nadał mu ludzki i transcendentny zarazem wymiar.
– Mowa o publicznych cudach? Na zawołanie? Ktoś mógłby kwestionować – siał zwątpienie przewodniczący Jagieło.
– Kto taki?
Arcybiskup Szembek nie doczekał się odpowiedzi. Udział uzdrowiciela Adama w uroczystości to była jedna rzecz. Prymas Szembek i metropolita warszawski Gembicki mieli plany i zamiary idące dalej. Trzeba było jednak wpierw wstępnie do nich przekonać ścisłe kierownictwo episkopatu zebrane na nadzwyczajnej konferencji.
– Wszyscy słyszeliśmy, jak dobrze boży człowiek imieniem Adam zna Pismo Święte – zaczął prymas.
– Oprócz aparycji i akcentu to była druga rzecz, która mnie zastanowiła – zgodził się Dobosz. – Ten człowiek potrafiłby nawet mnie zapędzić w kozi róg!
– Mniemam, że nikt nie weźmie mi tego za złe, jeśli powiem, że zdołałby tej sztuki dokonać pierwszy lepszy świadek Jehowy. Jest to najlepszy dowód na to, że sama znajomość Biblii o niczym nie świadczy – powiedział kardynał Dąbrowski, zajmujący pozycję neutralną względem obu frakcji. Kania przypomniał sobie, że sam użył podobnego argumentu w rozmowie ze swoim sekretarzem.
– Moją intencją jest zwrócić uwagę na te cechy Adama, które nie muszą, ale mogą być zesłanym nam darem, o ile będziemy umieli to przesłanie rozpoznać i wykorzystać.
– Prosimy o rozwinięcie tematu – zachęcił kardynał Grabek.
– Przez wieki całe, mroczne czasy zaborów, wojen, okupacji i narzuconych z zewnątrz totalitarnych reżimów, komunistycznego, liberalnego i demokratycznego, Polska była umęczonym Chrystusem narodów. Najwyższy czas, aby przestało to pociągać za sobą tylko negatywne skutki w postaci cierpień i męczeństwa. Nadeszła pora na chwałę. Tak jak przed Chrystusem, po długiej męce i krańcowym poniżeniu, ugina się teraz każde kolano, tak też Polsce powinny oddać sprawiedliwość narody świata. Powinniśmy wreszcie zająć należne nam miejsce.
Wypowiedź arcybiskupa Szembeka była zadziwiająca i zarówno przewodniczący episkopatu Jagieło, jak i metropolita krakowski Grabek słuchali z najwyższą uwagą. Zaiste przedziwne czasy nastały. Słowa jednego z przywódców gnieźnian spłynęły miodem na serca toruńczyków.
– Czy to ma znaczyć, że on mógłby być…? – arcybiskup poznański Jagieło pytająco zawiesił głos.
– Powiedzmy, że wcieleniem tego, na którego przyjście liczymy – dokończył metropolita warszawski.
Zapadła cisza, która przeciągnęła się jeszcze dłużej niż pauza po skończonej prezentacji biskupa Kani. W końcu cisza pękła i zaczęła się dyskusja.
– Gdzie go znaleziono?
– Koło śmietnika.
– Miałby rządzić tu i teraz? Co z premierem i prezydentem? Jaką rolę odgrywałby episkopat?
– Chodzi raczej o rządy symboliczne.
– Mam nadzieję. Władca na ziemi to co innego niż w niebie. Zwłaszcza władca będący wyrocznią w sprawach wiary.
– Niczym kalif.
– Ostrożnie z analogiami.
– Kalif, nie kalif, historia uczy, że złote wieki pokrywają się z okresami połączenia władzy świeckiej z duchową. Usankcjonowane przez Boga małżeństwo tronu i ołtarza stworzyło imperia.
– Papież Jan Paweł Drugi podczas wizyty w sejmie wołał: wiwat król, wiwat naród, wiwat wszystkie stany.
– Te kwestie są do rozważenia. Musimy dobrze czytać znaki. Być może chodzi o grzech. Ofiara przebłagalna.
– Dobrze zgaduję? Gdyby tu został umęczony. Bylibyśmy nową Ziemią Świętą. Cały świat by do nas pielgrzymował.
– Warszawa Mekką chrześcijaństwa.
– Polska drugą Arabią Saudyjską.
– Jednak bez ropy naftowej.
– Krew męczenników cenniejsza od ropy.
– Krew męczenników nasieniem wiary.
– Ukrzyżowanie w dzisiejszych czasach?
– Są sposoby. Męczeństwo niejedno ma imię.
– Kto miałby to uczynić?
– Ktoś obcy.
– Niemcy mają wprawę.
– Rosjanie nie gorsi.
– Ale czy nie przypisano by winy Polakom? Co rusz słyszy się w zachodnich mediach o polskich obozach koncentracyjnych.
Ksiądz Łukasz, przysłuchując się dyskusji hierarchów, zwalczał senność. Zdarzające się tu i ówdzie oskarżanie Polaków o współudział w holokauście było jako uogólnienie niesprawiedliwie, chociaż Bogiem a prawdą, kiedy jechały do obozów śmierci wagony pełne Żydów, nikt się na torach nie kładł, a podziemna Armia Krajowa skazała w czasie wojny tysiące Polaków na śmierć za donoszenie hitlerowcom na Żydów i własnoręczne ich zabijanie. Ksiądz Łukasz ledwo bronił się przed snem. Skąd ten obraz z ludźmi kładącymi się na szynach? Przypomniał sobie. Widział to kiedyś w telewizji: młodzi Niemcy siedzący na torach, po których transportowano odpady radioaktywne z elektrowni atomowych. Odwaga pięknie rozkwita, kiedy człowiekowi nic nie grozi.
– Również za ukrzyżowanie Jezusa wini się Żydów, mimo że dokonali tego aktu Rzymianie na ziemiach izraelskich znajdujących się pod rzymską okupacją.
– Ludzie myślą ahistorycznie. Nie mają pojęcia o geopolityce.
– A jakby bez ofiary. Zdrowe i całe wniebowstąpienie.
– Bezpiecznie i z triumfem.
Ksiądz Łukasz obserwował kątem oka arcybiskupa Licheckiego. Ten nie zabierał głosu i jakby wcale nie słuchał. Nerwowo manipulował smartfonem, który przestał reagować na jego dotyk. Tajemnicą poliszynela było tamto skandaliczne zdarzenie, kiedy w sekrecie, incognito, trzeba było przewieźć hierarchę do specjalistycznej kliniki, bo mu wibrator w trakcie miłosnych igraszek w miejscu erogennym utkwił.
– Czy to wszystko jest nam w ogóle potrzebne? – biskup lubelski rzadko włączał się do sporu, ale jak coś powiedział, to poruszał fundamenty, na których spór się zasadzał.
– Nam nie, ale ludowi tak – odpowiedział na to prymas Szembek i zacytował Ewangelię według świętego Jana: – „Jeżeli nie zobaczycie znamion i cudów, nie uwierzycie”.
– A jak on nie przez niebo jest przysłany? – zapytał znienacka kardynał Grabek.
Zrobiło się cicho jak makiem zasiał. Zebrani się usztywnili. Metropolita Gembicki szykował się do zabrania głosu w tej kwestii. Spodziewał się takiego dictum i miał przygotowaną na tę okoliczność ripostę. Nieoczekiwanie uprzedził go kardynał Dąbrowski.
– Jest takie stare żydowskie powiedzenie: Po czym poznać fałszywego Mesjasza? Po tym, że przyszedł.
Rozległy się śmiechy, atmosfera się rozluźniła. Kardynał Dąbrowski niby poparł Grabka, ale zrobił to w taki przemyślny sposób, że pozbawił jego ważki argument powagi. Gembicki nie mógł wyjść z podziwu.
– Gdzie on teraz jest? – zapytał Jagieło.
– W bezpiecznym miejscu. Biskup Kania ma o nim staranie – odpowiedział prymas Szembek.
Dyskusja trwała dalej, aż osiągnięto konsensus w paru istotnych zagadnieniach. Ostateczne rozstrzygnięcie, co jest lepsze: męczeństwo czy wniebowstąpienie, nie zapadło, ponieważ większość zgromadzonych nie umiała się jednoznacznie opowiedzieć za żadną z tych alternatyw, a byli i tacy, co postulowali koniunkcję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz