czwartek, 6 lipca 2017

Rozdział 16/38


Złośliwi mówili, że to ze względu na kobiece ciepło Renacie Giez powierzono piastowanie tak ważnego stanowiska.
Wbrew mylnemu wrażeniu, jakie można było odnieść, słuchając pustosłowia, którym się posługiwała z manierą tak naturalną, jakby nie znała żadnego innego sposobu wypowiedzi, premier Renata Giez nie była od początku politykiem. Tak jak po sympatycznym chłopczyku nie widać, że będzie w przyszłości bandytą, a po ślicznej dziewczynce, że zostanie prostytutką, tak po Renacie Giez nikt nie spodziewał się politycznej kariery, najmniej rodzice.
W którymś momencie swojego życia Renata Giez przez przypadek dołączyła do jednej z dwóch konkurujących o władzę partii i w miarę integracji ze środowiskiem politycznym, w którym się znalazła, jej oddanie własnej partii i niechęć do partii konkurencyjnej rosły. Im bardziej krytyczna była Renata Giez wobec ugrupowania, w którym nie była, tym bardziej była bezkrytyczna wobec ugrupowania, w którym była. To samo się działo z innymi czołowymi politykami oraz skupionymi wokół nich partyjnymi i medialnymi ciurami. Tak jak opiłki żelaza potężne i niewidzialne siły spychały ich na przeciwległe bieguny magnesu.
Renata Giez czytała o eksperymencie profesora Zimbardo, który podzielił losowo grupę studentów na więźniów i strażników. Po pewnym czasie studenci biorący udział w doświadczeniu utożsamili się ze swoją grupą i zaczęli coraz gorliwiej spełniać przypisaną im funkcję. Strażnicy, którymi byli normalni młodzi ludzie bez żadnych odchyleń osobowości, co wykazały testy, na polecenie fałszywego dyrektora więzienia, którego akceptowali jako autorytet, poniżali studentów, którzy grali rolę więźniów, odmawiali im praw i sprawiali im ból. Doświadczenie przerwano, ale dla obserwatorów stało się jasne, że gdyby je kontynuować, grający role strażników zdrowi psychicznie ludzie zaczęliby więźniów torturować i w ostateczności zamęczyliby ich na śmierć, nie tylko wierząc, że czynią dobrze, ale doznając przy tym przyjemności.
Zwycięstwo jej partii w wyborach sprawiło, że Renata Giez znalazła się w grupie strażników. O ile członkowstwo Renaty Giez w zwycięskiej partii było przypadkiem, o tyle wygrana tej partii w wyborach przypadkowa nie była, ponieważ to właśnie tę partię poparł Kościół, który zrobił to nie przez przypadek. Kwestią otwartą pozostawało, kto pełnił funkcję usprawiedliwiającego nikczemność dyrektora więzienia. Z jednej strony byłoby uproszczeniem i naiwnością sądzić, że chodzi o konkretnego pojedynczego człowieka, z drugiej strony wskazanie palcem na ogólną atmosferę było zbyt mgliste. Jedno jest pewne, Renata Giez doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że gdyby zrządzeniem losu znalazła się w tamtej drugiej partii – a była tego blisko, bo początkowo chciała się do tamtej drugiej partii zapisać, ale jej nie przyjęto – byłaby teraz w grupie umownych więźniów, a nie umownych klawiszy.
Wiedza o istnieniu złych mechanizmów psychologicznych nie oznacza, że można je skorygować. Wiedzę o istnieniu złych mechanizmów psychologicznych można jednak pomyślnie spożytkować. Diagnoza w polityce służy nie do leczenia choroby, lecz do osiągnięcia z tej choroby jak największych profitów politycznych, co w rezultacie prowadzi do jej celowego podsycania.
Kiedy grupa uczonych z Akademii Nauk zatrwożyła się wynikami badań wskazujących na to, że ogromny odsetek polskiego społeczeństwa stanowią niemający pojęcia o świecie analfabeci niezdolni do przeprowadzenia elementarnych procesów myślowych w oparciu o logikę, politycy nie podjęli żadnych działań, które miałyby na celu edukację imbecyli, ale tak zmienili swój przekaz, żeby imbecylizm wyborców wykorzystać do osiągnięcia jak najlepszego wyniku w wyborach.
Czy człowiekowi inteligentnemu i wykształconemu – Renata Giez niczym Margaret Thatcher ukończyła chemię na uniwersytecie, o podyplomowych studiach politologicznych nie wspominając – czy zatem człowiekowi inteligentnemu i wykształconemu trudniej jest pogodzić się z oczywistymi absurdami i jawnymi kłamstwami niż zwykłemu imbecylowi? Wcale nie. Człowiek inteligentny i wykształcony doskonale sobie poradzi. Zbuduje skomplikowany pod względem intelektualnym system. Dla podtrzymania bredni najzdolniejsze umysły tworzą całe gałęzi naukowe, ideologie, teologie, filozofie.
Renata Giez sumiennie i z pełnym przekonaniem poparła uchwalone przez sejm i ogłoszone na zjeździe partii w Toruniu ustawy o ochronie polskości i wartości narodowo-katolickich oraz ustawę o sztuce zdegenerowanej.
Na mocy ustaw toruńskich ateistów i innowierców można było pozbawić obywatelstwa, ochrony prawnej i własności. Odebrano im czynne i bierne prawa wyborcze. Pierwotnie ustawodawca przewidywał deportację ateistów i heretyków, ale wobec niechęci sąsiadów do przyjęcia uchodźców, planowano w przyszłości, kiedy sytuacja gospodarcza się poprawi a ludziom będzie się żyło dostatniej, budowę obozów w kraju. Z oczywistych względów ateiści, innowiercy, obcokrajowcy i członkowie niepolskich narodowości nie mogli pełnić służby w urzędach państwowych, policji i wojsku. Zostali też pozbawieni możliwości pracy w szkolnictwie, opiece zdrowotnej, mediach i instytucjach kulturalnych i naukowych. Nie mogli zakładać firm ani być właścicielami ziemi i budynków. Ponadto zabronione zostały małżeństwa między katolikami a niekatolikami i między Polakami a nie-Polakami. Zezwolono na rozwiązanie zawartych wcześniej tego typu małżeństw. Stosunki intymne między katolikami a niekatolikami oraz Polakami a nie-Polakami zostały zakazane i podlegały karze jako zhańbienie polskości. Oskarżanie Polaków o jakiekolwiek zło, zwłaszcza nietolerancję, szmalcownictwo, udział w pogromach i ucisk mniejszości, stało się przestępstwem szkalowania narodu polskiego, który zawsze był, jest i będzie tak niewinny jak Chrystus wobec Żydów. Na zakończenie historycznego zjazdu partii w Toruniu w symbolicznym akcie oczyszczenia spalono na stosie szkalujące naród polski książki historyczne.
Ustawa o sztuce zdegenerowanej wymierzona była w elementy obce polskiej i katolickiej sztuce, muzyce, filmowi i literaturze. W Muzeum Narodowym zorganizowano wystawę, na której prezentowano zdegenerowane prace. W jednej z sal wyświetlany był film, w którym nagi mężczyzna ociera się genitaliami o figurę Jezusa przybitego do krzyża, oraz nagranie wideo pokazujące komando gejów w różowych kominiarkach, które napada na mężczyzn hetero i ich gwałci. W tej samej sali stał monitor, gdzie można było obejrzeć film animowany, na którym wieże kościołów krakowskich jedna po drugiej startują w kosmos jak rakiety, ciągnąc za sobą dym i płomienie. Jedna z ekspozycji przedstawiała nagie ludzkie ciała bez skóry w różnych pozach. Inna ekspozycja obrazowała scenę ze sztuki teatralnej, w której Jezus kopie w tyłek papieża. Wśród eksponatów był krzyż zanurzony w moczu i krzyż z fotografią męskich genitaliów. Na ścianach powieszono zdjęcia lesbijek w sukniach ślubnych, kobiety z brodą i kobiety z doklejonym penisem. Można było zobaczyć fotografie przytulonych mężczyzn, obraz Maryi i Dzieciątka z kurzymi twarzami, fotomontaż ukazujący papieża Benedykta całującego w usta imama Kairu. Na środku jednej z sal leżała na podłodze figura papieża Polaka przygnieciona meteorytem. W tle nadawano muzykę z ostatniego death metalowego albumu zespołu Behemoth.
Premier Renata Giez otworzyła wystawę sztuki zdegenerowanej w towarzystwie ministra kultury i dziedzictwa narodowego Maksymiliana Dudka, jednego z najbardziej produktywnych członków rządu, który kilka miesięcy temu wykreślił z repertuaru filharmonii utwory Prokofiewa i Szostakowicza jako propagujące totalitaryzm. Obaj kompozytorzy byli bowiem laureatami nagrody stalinowskiej. Przed dwoma miesiącami wyszła z ministerstwa kultury instrukcja, aby Muzeum Drugiej Wojny Światowej kładło większy nacisk na pozytywne aspekty wojny i wyraźniej eksponowało rolę Kościoła katolickiego. W tym tygodniu zarządzeniem ministra Dudka wprowadzono obowiązek grania hymnu narodowego przed każdym seansem w kinie. Brak postawy na baczność miał być karany grzywną i aresztem.
Wstęga została przecięta i wzniesiono toast winem z najlepszych na świecie polskich jabłek. Wyjątkowo obeszło się bez poświęcenia wystawy przez biskupa. Wieczorem, po zamknięciu muzeum, do świętowania przystąpili strażnicy, racząc się najlepszą na świecie polską wódką z żyta i ziemniaków.
Przed naradą wąskiego kierownictwa rady ministrów Renata Giez spryskała się perfumami i zmieniła garsonkę. Przedtem fryzjerka zrobiła jej włosy. Po fryzjerce przyszła makijażystka i zrobiła jej twarz. Renata Giez była premierem, ale była też kobietą. Nie mogła sobie pozwolić na najmniejsze zaniedbanie. Mężczyzna miał łatwiej. Zalatujący potem, nieogolony, bez krawata, bez marynarki, z potarganymi włosami i rozchełstany pod szyją, mógł mieć wygląd łajzy, co wróciła z balangi, ale równie dobrze mógł wyglądać na zapracowanego decydenta. Kobiecie pozostawała tylko pierwsza opcja. Zwłaszcza kiedy już dobrze na piąty krzyżyk nastąpiła.
Koordynator służb specjalnych Leszek Madziar przekazał premier Renacie Giez ściśle tajny raport. Odkryto uśpionego agenta Kalifatu. Był ulokowany w strukturach Agencji Bezpieczeństwa. Posiadano twarde dowody. Kupiono nagranie, które koordynator służb specjalnych widział na własne oczy i nazwał wstrząsającym. Wtyczkę można by zlikwidować choćby dzisiaj, ale nie o to chodzi. Lepiej mieć tego człowieka na oku i zobaczyć, do czego zmierza. Jakie jest jego zadanie i czy ma wspólników. Samotny wilk czy cała wataha. Wywiad postara się tego dokazać. Ze zdrajcy, zanim zostanie zlikwidowany, mogą być korzyści.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz