czwartek, 13 lipca 2017

Rozdział 17/38


Magda tęskniła. Nie było wieści.
Dostała na krótko pracę interwencyjną w zieleni miejskiej. Zieleń miejska zaczęła żółknąć. Magda grabiła w parku i zadrzewionych alejkach pierwsze opadłe liście. Nie było wiatru, liście spadały powoli ruchem wahadłowym, stopniowo tonąc w gęstym jak syrop powietrzu.
Magda tęskniła. Uschłe liście pachniały orzechowo. Wcześnie rano poszła do sklepu we mgle o gorzkim smaku. Przez mgłę przesączało się słońce i osładzało gorycz. Potem Magda sprzątała w domu. Otworzyła okna, żeby przewietrzyć pomieszczenia. Siostry bały się zimnego powietrza i przeciągów. Dom przesiąknięty był słodko-kwaśnym zapachem ich zwiędłych ciał. Wzdłuż ogrodzenia oddzielającego dom sióstr od ulicy rósł żywopłot z bukszpanu o ostrej woni kociego moczu.
Po pracy pomagała siostrom w kuchni. Staruszki lubiły Magdę, ale nie mogły nic na jej smutek poradzić. Same potrzebowały pomocy i pociechy. Wieczorem Magda kładła się na tapczanie w swoim malutkim pokoju i czytała. W domu sióstr nie było telewizora ani komputera. Przez całe dotychczasowe życie, praktycznie od dziecka Magda była uzależniona od internetu. Teraz sama się dziwiła, że jej ciągłego dostępu do sieci właściwie nie brakuje. Było to przyjemne, zawierające coś pogodnego zdziwienie. Magda nabrała dystansu. Obserwowała, jak sieć się zmieniała i pokonała drogę od nowoczesnej „Biblii pauperum”, księgi mądrości analfabetów, do czegoś, co obecnie bardziej przypominało kanalizację, która jest potrzebna i powinna działać, ale lepiej za często do niej nie zaglądać.
Siostry kładły się wcześnie do łóżek, ale nie spały. Cierpiały na starczą bezsenność. Leżały i myślały. O czym? Może się modliły, żeby nie myśleć.
I Magda w niektóre noce modliła się długo, żeby zasnąć. Powtarzała w kółko te same dwie modlitwy, aż ją zmorzyło. Miała też inny sposób. Nauczyła się ulubionych wierszy na pamięć i mówiła je w myśli po ciemku, otulona kołdrą, dopóki nie odpłynęła w inny, jasny świat. Nie miewała koszmarów. Każdy sen był lepszy od jawy. Czy śmierć jest wiecznym snem? Hamlet bał się nieskończonego koszmaru. Uciec przed bólem w sen śmierci i bez końca śnić cierpienie?
Może jednak po śmierci nie ma nic, zupełnie nic. To jest najbardziej prawdopodobne. Czy da się czerpać z tego pociechę? Epikur mówił, że szczęście to brak cierpienia. Wtedy śmierć jest początkiem wiecznego szczęścia. Wystarczy umrzeć.
Pogrzeb ojca. Proboszcz zabronił pochówku samobójcy w poświęconej ziemi. Ksiądz Jan się ulitował, złamał zakaz i odprawił pogrzeb. „Bóg dał, Bóg zabrał” – powiedział. „A kto daje i odbiera…” – pomyślała wtedy Magda i nie dokończyła.
Mocno tęskniła. Po południu się zachmurzyło. Czuła pomieszany z radością smutek zbliżającego się odjazdu nie wiadomo dokąd. Jak w dzieciństwie, kiedy jeździła z tatą do Piły w odwiedziny do cioci. Patrzyła przez okno na pola i lasy, jak przemijały. Sąsiednia wieś była dalekim światem, a co dopiero Piła, wielkie miasto. Zapach gleby po deszczu. Tęsknota narastała w środku, między brzuchem a żołądkiem. Wibrujące, unurzane w miodzie łaskotanie w kręgosłupie, od karku aż po lędźwie.
Chodziła do biblioteki. Księgozbiór księdza Jana składał się z dzieł o tematyce naukowej i religijnej, nie było beletrystyki. Z wszystkich książek księdza Jana Magdzie najbardziej podobała się Biblia. Całe urywki znała na pamięć.
Zawsze była bardzo dobrą uczennicą. Najlepszą. Od podstawówki do liceum. Z przedmiotów humanistycznych i matematyczno-przyrodniczych. Taki rodzynek. Taka perełka. Tata chciał, żeby studiowała medycynę. Nie dlatego że lekarze dużo zarabiają. Jej tata nie myślał tymi kategoriami. Kochała go. Dlatego może by i tak było, chociaż Magdę zawsze bardziej ciągnęło do fizyki, astronomii. Interesowała się badaniami kosmosu, rozwojem technologii. Mogłaby zostać astrofizykiem. Ostatni raz ludzie lądowali na Księżycu dziesiątki lat temu, Magdy jeszcze nie było na świecie. Już dawno temu naukowcy obiecywali kolonizację Marsa, znalezienie życia pozaziemskiego, kontakt z inną cywilizacją. Magdę fascynowała perspektywa spotkania z obcą inteligencją, dorównującą gatunkowi ludzkiemu albo nawet go przewyższającą. Tylko takie spotkanie mogło dać odpowiedź na pytanie, kim jest człowiek. Magda chciałaby ją poznać. Bo kiedy patrzyła na to, co robią ludzie, i słuchała tego, co mówią, nie wiedziała. Naprawdę nie wiedziała, kim jest człowiek.
Załogowy lot na Marsa odwlekał się w nieokreśloną przyszłość, a zamiast tego był fejsbuk, jutub, tłyter, bransoletka ze słuchawkami, dizajnerska ładowarka do telefonu, programy liczące kroki, zamek sterowany przez smartfona i ubrania, które analizują skład potu i mówią, czy jeść warzywa i pić owocowy sok. Młodzi, utalentowani, pełni entuzjazmu ludzie poświęcali najlepszy w życiu czas na gadżety i aplikacje, które za rok były do wyrzucenia. Zużywali młodzieńcze siły i zdolności, żeby zarobić pieniądze na kupno nowo wyprodukowanych przedmiotów. Trwonili energię na prymitywną zabawę. Ich życie przemijało bez śladu i bez sensu, jak dzieciństwo. W oczach Magdy wstrząsające było marnotrawstwo natury, która traktowała człowieka tak samo jak trawę, muchy, owady i gryzonie. Ogromna większość ludzi, setki milionów, miliardy istnień ludzkich, żyła bez celu, starzała się bez pożytku i umierała bez sensu.
Czy Magda miała coś przeciwko zegarkowi, który włączy alarm, kiedy wykryje w organizmie komórki rakowe? Czy potępiała okulary, które wyświetlają trójwymiarowe filmy przed oczami? Nie. Jednak to, że życie stawało się coraz zdrowsze, dłuższe, wygodniejsze i przyjemniejsze wcale nie sprawiało, że nabierało ono większego znaczenia. Magda widziała, że jest odwrotnie. Sensu w coraz dłuższym i zdrowszym życiu było coraz mniej. Najokrutniejsze w tym wszystkim było to, że tylko jakiś ogromny dramat, kataklizm na skalę globalną, mógł w ludziach uratować człowieczeństwo. Sytuacja jak w greckiej tragedii.
Szła do biblioteki, żeby wypożyczyć coś z literatury pięknej. Przeważnie wybierała światową klasykę. Czytała Szekspira, Dostojewskiego. Ze współczesnych polskich autorów lubiła twórczość Ziemowita Popielicy. Powiedzieć, że Ziemowit Popielica jest dobrym pisarzem, to nic nie powiedzieć. Ziemowit Popielica był literackim geniuszem w sensie ścisłym. Był też ewangelikiem. Po wejściu w życie ustaw toruńskich dostał zakaz publikacji, a jego książki poszły na przemiał. Równie chętnie Magda czytała powieści Oli Kowalczuk. Pewnego dnia burmistrz Mierzwa kazał książki Oli Kowalczuk usunąć z miejskiej biblioteki. Magda zapytała, ale bibliotekarka nie wiedziała dlaczego. Nie interesowała się.
Więc Magda usiadła do komputera w czytelni, żeby sprawdzić w internecie. W jednym z wywiadów pisarka powiedziała, że w przeszłości Polacy prześladowali mniejszości religijne i etniczne i zabijali Żydów. Wypowiedź miała miejsce jeszcze przed uchwaleniem ustaw toruńskich. Nie można było Oli Kowalczuk postawić przed sądem, mimo że setki ludzi wysłały zawiadomienia do prokuratur w całym kraju o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez pisarkę.
Brak sankcji ze strony organów prawa nie uchronił Oli Kowalczuk przed karą. Zalała ją fala internetowej agresji. Prawicowcy i narodowcy nazywali pisarkę szmatą, ukraińską i żydowską kurwą. Grożono jej śmiercią, zgwałceniem i podpaleniem domu. Kazano wynosić się z kraju. Jeden z przedsiębiorców, laureat konkursu Teraz Polska, ufundował nagrodę dla tego, kto pierwszy pisarce plunie w twarz.
Magda chciała, naprawdę chciała wierzyć w to, że większość społeczeństwa stanowią normalni, przyzwoici ludzie. Być może oszukiwała samą siebie. Łatwiej jest żyć ze świadomością, że ludzie są dobrzy i tylko wyjątkowe bydlaki uczyniły z internetu kloakę dla swoich plugawych myśli i zwierzęcych emocji.
Gdyby Magda miała nieograniczoną władzę, toby kazała tych wszystkich prawicowców i narodowców wytępić jak wszy. Obrzydliwe szczury roznoszące dżumę nienawiści. Trzeba by ich wszystkich wytruć, a ścierwo wywieźć ciężarówkami do spalarni odpadów zwierzęcych.
Krew napłynęła jej do twarzy, tętno szalało, oddychała tak szybko, jakby biegła. Co się z nią dzieje?
Wyszła z biblioteki. Lekko mżyło, nałożyła na głowę kaptur. Mżawka pachniała jak zimna para w piwnicznej pralni.
Magda tęskniła.
Szła pustą ulicą, przy której rosły drzewa głogu. Usłyszała za sobą męskie głosy. Włożyła rękę do kieszeni płaszcza i zacisnęła dłoń na pojemniku z gazem. Dostała od księdza Jana. Przyspieszyła kroku. Mężczyźni zostali w tyle. Nie gonili jej. Przejechał samochód straży miejskiej.
Szła w drobnej mżawce do domu sióstr. Szeptała zapamiętane słowa jak modlitwę albo wiersz.
Niech mnie ucałuje pocałunkami. Olejek rozlany. Pociągnij mnie za sobą. Pobiegnijmy. Cieszyć się będziemy. Synowie matki rozgniewali się na mnie, postawili mnie na straży winnic, a ja własnej winnicy nie ustrzegłam. Wisiorki zrobimy ci złote z kuleczkami ze srebra. Jest mi woreczkiem mirry wśród piersi położonym. Łoże nasze z zieleni. Belkami domu naszego są cedry, a cyprysy ścianami. Lilia pośród cierni. Jabłoń wśród drzew leśnych. W jego cieniu usiadłam. Posilcie mnie plackami z rodzynek, wzmocnijcie mnie jabłkami. Lewa jego ręka pod głową moją. Nie budźcie ze snu, nie rozbudzajcie ukochanej, póki nie zechce sama. Cicho. Biegnie przez góry, skacze po pagórkach. Stoi za murem, patrzy przez okno, zagląda przez kraty. Mówi do mnie: Powstań i pójdź. Minęła już zima, deszcz ustał i przeszedł. Na ziemi widać kwiaty. W szczelinach przepaści ukaż mi swą twarz, daj mi usłyszeć swój głos. Jest mój, a ja jestem jego. Nim wiatr wieczorny powieje i znikną cienie. Nocą szukałam go, lecz nie znalazłam. Po mieście chodzić będę, wśród ulic i placów szukać będę. Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto. Znalazłam umiłowanego, pochwyciłam go i nie puszczę. Wśród słupów dymu. Przez wzgląd na nocne przygody. Wstążeczka purpury. Miodem ociekają wargi. Ogrodem zamkniętym jesteś, źródłem zapieczętowanym. Wietrze północny, nadleć, wietrze z południa, wiej przez ogród. Niech wejdzie i spożywa najlepsze owoce. Ja śpię, lecz serce czuwa. Otwórz mi. Pełna rosy głowa, kropli nocy. Wołałam go, lecz nie odpowiedział. Spotkali mnie strażnicy, którzy obchodzą miasto. Zbili i poranili mnie, płaszcz mój zdarli ze mnie. Chora z miłości. Kędziory jego włosów czarne jak kruk. W którą zwrócił się stronę. Odwróć ode mnie twe oczy, bo niepokoją mnie. Zeszłam do ogrodu orzechów, by spojrzeć na świeżą zieleń. Łono, czasza okrągła. Gałązki owocem brzemienne. Zapach jabłek. Wino, które spływa po podniebieniu, zwilżając wargi. Ku mnie zwraca się jego pożądanie. Powędrujemy w pola. Pączki otwarły się, tam ci dam miłość. Ucałowałabym cię i nikt by mną nie mógł pogardzić. Jak śmierć potężna jest miłość. Jeśliby kto oddał za miłość całe bogactwo, pogardzą nim tylko. Murem jestem jako ta, która znalazła pokój.
Gdzie jesteś?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz