czwartek, 3 sierpnia 2017

Rozdział 18/38


Joachim Lipka, pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem, był tego dnia nerwowy jak zakonnica w burdelu. Osoby zebrane w kancelarii prezesa rady ministrów w Alejach Ujazdowskich milczały. Lipka skończył referować. Zdjęcie człowieka, o którym mówił, zniknęło z ekranu.
– Tak sprawa wygląda.
Wiedza o tym, jak sprawa wygląda, niczego nie ułatwiała. Wręcz przeciwnie, czyniła sytuację jeszcze bardziej zagmatwaną.
– Zabieramy głos po kolei, tak jak tu siedzimy. Proszę bardzo.
Premier Renata Giez preferowała wypowiadać się na końcu, jak już miała ogląd sytuacji. Zasada, żeby się nie wyrywać, tylko czerpać z tego, co powiedzieli inni, przyczyniła się do jej sukcesu. Twarz bez wyrazu i naturalna zdolność do wyrażania się za pomocą wypranych z treści i nasączonych podskórną podłością zdań do pewnego stopnia chroniły Renatę Giez przed internetowymi drwinami. Mimo tego że była tępa jak siekierka do rąbania cukru, pochodziła zresztą z Obrzydłówka, gdzie pracowała w urzędzie gminy, premier rządu nie była łatwym kąskiem do przełknięcia dla satyryków.
– Skąd gwarancja, że on jest tym, no, wcieleniem? – jako pierwszy odezwał się Płaziński, siedzący po prawej ręce premier Giez łysy, duży mężczyzna w ciemnym garniturze, który był ministrem spraw wewnętrznych. Gruba skóra na tłustym karku wchodziła mu na potylicę i marszczyła się jak u psa rasy bokser. – Skoro nawet najbardziej kompetentne w tej dziedzinie osoby nie mają pewności. Jak wierchuszka episkopatu nie wie, to kto ma wiedzieć? – Płaziński nie był zachwycony tym, co w kręgach kościelnych wymaścili. Tylko dać im pole do popisu, od razu coś wysmyczą.
– Ja nie – zastrzegł się Kułakowski, bezpośrednio na prawo od Płazińskiego, też w ciemnym garniturze, ale starszy i nie łysy, tylko szczupły i z siwymi włosami, minister sprawiedliwości i prokurator generalny w jednej osobie. – Ja wiem tylko, że w tym przedmiocie decydującą rolę odgrywa wiara. Przyjrzyjmy się kultom na przestrzeni tysiącleci. A nawet współczesnym, żeby daleko nie sięgać. Czy w ogóle istnieje coś, w co nie można wierzyć? – zapytał.
Doradca prezes rady ministrów Rafał Milczewski, który był ateistą od dwunastego roku życia i w duchu nie przestał nim być po oficjalnym nawróceniu na katolicyzm, kiedy poświęcił się dla ojczyzny, tak jak wszyscy tutaj obecni był świadom tego, że da się wierzyć we wszystko, jeśli wiara daje korzyść albo niewiara powoduje szkodę, przy czym przez szkodę należy rozumieć również brak korzyści.
Przypomniała mu się scena ze sztuki Daria Fo, wystawionej w jednym z warszawskich teatrów dawno temu, zaraz po tym, jak włoski dramaturg dostał Nagrodę Nobla, i długo przed tym, jak został zakazany jako komunista i ateista. W tamtej scenie ukrzyżowany Chrystus mówi do modlących się: „Przestańcie się modlić i weźcie się do roboty! Sam bym pracował, gdybym nie wisiał na krzyżu”. Milczewski nie był pewien, czy ten fragment znalazł się w Muzeum Narodowym na wystawie sztuki zdegenerowanej. Zwiedzał po łebkach, a tyle tam tego było, że człowiek dostawał oczopląsu.
Muzułmanie czekają na Mahdiego, Żydzi na Mesjasza, chrześcijanie na powtórne przyjście Zbawiciela. Czy będzie ich trzech różnych? Jeśli tak, to przyjdą po kolei czy jednocześnie? A może będzie tylko jeden wspólny? W każdym przypadku kłopot. Co do czekania, aż ktoś zesłany z nieba zrobi porządek, to jest wygodne, bo zwalnia ludzi z odpowiedzialności za bajzel, który zrobili na ziemi.
Rodzice Milczewskiego już nie żyli. Matka była ocalałą z holokaustu Żydówką, ojciec pochodził z mieszczańskiej rodziny wielkopolskiej. Katolicyzm, to znaczy polski katolicyzm, bo były to dwie różne rzeczy, był Milczewskiemu przez długi czas obojętny. Niechęć pojawiła się dopiero po nawróceniu. Była to dziwna niechęć, która sprawiała perwersyjną przyjemność. Dlatego Milczewski ją pielęgnował, chodząc do kościoła, żeby wysłuchać listu pasterskiego episkopatu i pomodlić się o nawrócenie Żydów, zabłąkanych starszych braci w wierze.
– Ludzie! Który my mamy rok?
– Apokaliptyczny. Jak zawsze.
– Czasu się nie cofnie, on idzie naprzód.
– Czas jest miarą względną – zauważył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko z miną tak poważną, jakby prowadził księdza w procesji Bożego Ciała. Od niedawna był w rządzie. Zastąpił tragicznie zmarłego poprzednika, który poległ na przydrożnym drzewie.
– Z Einsteinem nie wyjeżdżaj – burknął na niego Kułakowski.
Nowe programy nauczania wprawdzie nie zakazywały bezwzględnie teorii względności, ale zalecały podchodzić do niej ostrożnie ze względu na jej sprzeczny z nauczaniem Kościoła relatywizm. Poza tym Einstein był figurą ze wszech miar podejrzaną. Nie dość że Żyd, to jeszcze Niemiec. W dodatku emigrant i uchodźca. Gdyby nie to, że gdzieś tam podobno powiedział, że Bóg nie gra w kości, całkiem wyrzucono by go z podręczników, tak jak Darwina i tych magików od kwantów, co twierdzą, że kot może być jednocześnie biały i czarny albo żywy i martwy, przynajmniej dopóki ktoś nie zajrzy do worka i nie sprawdzi.
Rafał Milczewski czytał co nieco o Einsteinie w odróżnieniu od członków rządu, którzy nic nie czytali, a przynajmniej bardzo się starali, żeby tak wyglądało. Wyborcy straciliby do nich zaufanie, gdyby się rozniosło, że czytają. Przyłapanie któregoś z ministrów z książką w ręku było mniej prawdopodobne niż nakrycie go na seksie z kozą, co lud, zwłaszcza wiejski, łatwiej by im wybaczył. Jednostronicowe raporty członkowie rady ministrów czytali z takim trudem, jakby tekst był wydrukowany do góry nogami. Dla większości nawet to było ponad siły i kazali swoim asystentom streszczać raporty w jednym zdaniu i przysyłać w wiadomości tekstowej. Może z wyjątkiem Trzetrzelewskiego, który skądinąd należał do najgłupszych, kto wie, czy nie właśnie dlatego, że czytał. W każdym razie Albert Einstein żalił się, że jeśli jego teoria okaże się prawdziwa, to Niemcy uznają go za Niemca, Szwajcarzy za Szwajcara, a Francuzi powiedzą, że jest wielkim uczonym. Jeśli jednak teoria względności zostanie obalona, wtedy dla Francuzów będzie Szwajcarem, dla Szwajcarów Niemcem, a Niemcy powiedzą, że jest Żyd.
– Ja w każdym razie gwarantuję lojalność służb i gotowość do akcji. – Koordynator służb specjalnych Leszek Madziar nie dywagował i nie relatywizował. – Co ma się stać, to się stanie.
– Co ma się stać, to się nie odstanie – poprawił Milczewski.
– A ja wierzę w rachunek zysków i strat – powiedział minister finansów Antoni Skarbek. Skończył pięćdziesiąt osiem lat i czuł, że się sypie. Nie mógł spać. Bał się śmierci. Koleżance wnuczki zdechł chomik. Podsłuchał rozmowę dziewczynek. Jego pięcioletnia wnuczka pocieszała zapłakaną koleżankę: „Nie martw się. To normalne, że się umiera. Wszyscy umierają. My też niedługo umrzemy”. Gdzie ona coś takiego słyszała? Na pewno nie od dziadka. Pewnie od babci. Żonie Antoniego Skarbka zupełnie po menopauzie denko odbiło. Albo wieczko. Zależy, z której strony się patrzy. Nazwisko Skarbka na wieki miało pozostać w podręcznikach ekonomii jako tego, który polecił zawierzyć spółki skarbu państwa Opatrzności Bożej, co wywołało hossę na giełdzie. Inwestorzy rzucili się do kupowania akcji z okrzykiem hossanna!, po czym nastąpił spektakularny krach i giełdę zamknięto.
– Jakie straty? – zapytała premier Giez.
Zebrani popatrzyli na siebie. Jakie straty? Co mieli do stracenia. Jeśli dobrze to rozegrać, nie będzie żadnych strat.
– Co zyskujemy?
– Prestiż.
Rafał Milczewski bawił się wiecznym piórem. Zrobione z brązu i laki eleganckie cacko, dryfujące na fali innowacji. Z kolekcji zainspirowanej produkcją ekskluzywnych łodzi, poprzez artystyczne detale oraz charakterystyczne krzywe przywołujące na myśl żagle najbardziej wystawnych jachtów. Grawerowany korpus i skuwka.
– Słyszałam. Warszawa Mekką chrześcijan. Polska Arabią Saudyjską Europy. Ja jako katoliczka…
Jaja, koka to liczka – powtórzył w myśli Milczewski i zapisał te słowa w notatniku oprawnym w moleskin. Pióro ze stalówką z osiemnastokaratowego złota sunęło gładko po kredowym papierze. Nie zostawiało żydów, nawet jak się mocniej docisnęło. Dosyć gruba, mokra kreska. Szlachetny niebieski atrament. Idealny do podpisywania ustaw sprzecznych z konstytucją. Milczewski ujrzał siebie jako prezydenta. W czym był gorszy od Kołatki? Jaja kok, atoli czka – po chwili zapisał drugą wersję.
– Prestiż daje wpływy, także finansowe. To raz. Polska Chrystusem narodów. To dwa.
Wypowiedział na głos, co już w paru głowach świtało.
– Tylko nie to! – Renata Giez myślała starym trybem. Nie zdążyła się przestawić. Należała do tradycjonalistek, które potrzebują długiej, łagodnej przekładni, bo się mentalnie wykoleją.
– Oczywiście że nie to. Nie to, co było. Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr. Czym był Chrystus? Poniżonym męczennikiem. Czym jest dzisiaj? Władcą. Pantokratorem. Polska Pantokratorem narodów.
– Nam nie chodzi o władzę nad światem. Jest kwestia wzmocnienia obronności – powiedział minister obrony narodowej Czarniecki. – Sojuszników nie mamy, a wrogów lepiej nie liczyć. Możemy liczyć tylko na siebie i Pana Boga.
– Mesjasz miotający cudami ma być naszą wunderwaffe? Baranek, który zgładzi grzeszników świata? – naigrawał się Płaziński, który miał wyrobione zdanie na temat gotowości bojowej polskiej armii. Chodziły słuchy, że Czarniecki polecił wydawać żołnierzom podwójną porcję grochówki, żeby w razie czego mogli chociaż pierdzieć na wroga.
– Sąsiedzi czuliby przed nami respekt – brnął minister obrony narodowej.
– Masz na myśli Czechów czy Słowaków? – Jak chciał, minister finansów też potrafił być dowcipny. Za radą Milczewskiego podatki zamieniono na daniny, jako łatwiejsze do przełknięcia dla ludu o folwarcznej mentalności.
– Nie o tych sąsiadach mówię. – Czarniecki się naburmuszył.
– Wszyscy wiemy, o jakich sąsiadach mówisz. Tylko się zastanawiam, czy bardziej baliby się nas Niemcy, czy Rosja? – Płazińskiemu zaburczało w brzuchu. Sięgnął po herbatnika.
– Niemcy – wyraził opinię minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Po tym, co nam zrobili.
– Rosja – minister obrony Czarniecki miał inne zdanie. – Po tym, co nam zrobiła.
Trzetrzelewski nie chciał się spierać. Słabością ministra spraw zagranicznych była skryta miłość do imperatorskiej Rosji, niedościgłego modelu uporządkowanego świata. Studiując tabelę rang Piotra Wielkiego, Trzetrzelewski widział siebie w randze tajnego radcy, może nawet rzeczywistego tajnego radcy, ubranego w haftowany złotem mundur.
– Nie chodzi o rewanż, zapomnijmy o historii – powiedziała premier Giez. – Idzie o teraźniejszość. Ja nie chcę, żeby się nas bano. Ja chcę, żeby nas szanowano. Teraz, kiedy próbuje się nasz kraj zmarginalizować.
– Zmarginalizować? Już i tak siedzimy w najciemniejszym kącie. Jak sami nie wyjdziemy z Unii, to nas wykopią.
Milczewski potarł orli nos. Bez wątpienia znaleźli się w czarnej dupie i zaczęli się tam urządzać, jak mawiał ktoś, kogo za młodu cenił.
– Strachy na Lachy. Bez nas Unia byłaby pozbawiona przedmurza. – Szczepan Trzetrzelewski myślał strategicznie, z uwzględnieniem geopolityki. – Hordy ze Wschodu by ją zalały.
Milczewski naszkicował w notatniku sytuację geopolityczną Polski. Z jednej strony Rosja, z drugiej Niemcy, a w środku Kościół katolicki. Tylko się powiesić.
– Gdyby jednak trzeba było rozstać się Unią, to zrobimy tak, żeby musiała nam płacić alimenty – powiedział Antoni Skarbek, który tego dnia wzniósł się na wyżyny poczucia humoru.
– Jak długo?
– Aż osiągniemy dorosłość – spuentował Skarbek i nikt nie miał wątpliwości, co ma na myśli. Polacy należeli do tych narodów, które nigdy nie dorastają.
Rafał Milczewski rysował karykaturalną głowę Skarbka. Minister finansów dobrze zobrazował stosunek do Unii Europejskiej. Polski rząd był jak cham, co został zaproszony do stołu, nażarł się i nachlał, potem beknął, odwrócił się dupą do towarzystwa i poczłapał do domu, wywrzaskując bełkotliwe idiotyzmy z pijacką odwagą.
– A co będzie, jak on naprawdę zechce rządzić? – zapytała premier Giez. Jej głos brzmiał płaczliwie, jak zawsze kiedy nie krzyczała. Ale krzyczała tylko na opozycję, Europę i męża.
– Kim? Nami?
Popatrzyli na Madziara. Nikt nie skomentował.
– Co z wizerunkiem? – zapytał z innej beczki Antoni Skarbek.
Miał wymizerowaną twarz, cienki nos i długie uszy. Jak on będzie wyglądać po siedemdziesiątce? – zastanawiał się Milczewski i cyzelował kosztownym wiecznym piórem jego karykaturę. Podobno uszy rosną przez całe życie. Nos też. Zwłaszcza ministrowi finansów.
– Polski?
– Nie Polski. Jego. Skąd oni go wytrzasnęli? Wygląda jak Arab.
– Albo Żyd.
– No. Piękna alternatywa.
– Jezus, niestety, był Żydem – powiedziała zbolałym głosem premier Giez, po czym zapadło milczenie.
Rafał Milczewski domyślał się, że w głębi ducha Renata Giez był przekonana, że Jezus był Polakiem, i tylko religijno-polityczna poprawność kazała mówić co innego. Była kupa podobnych przypadków. Do najbardziej intrygujących należał SS-Gruppenführer Jurgen Stroop, odpowiedzialny za eksterminację warszawskiego getta, który jeszcze w 1949 roku, siedząc w więzieniu na trzy lata przed powieszeniem, twierdził, że Jezus był Niemcem.
– Ich ekscelencje nie ujęły tego lepiej – panią premier poparł pełnomocnik rządu do spraw stosunków z Kościołem Joachim Lipka.
– To jest właśnie to, czego nie pojmuję – przyznał się Czarniecki. – To, że Judasz był Żydem, rozumiem, oczywista sprawa, ale żeby Jezus i Matka Boska…
– Jeszcze Józef.
– Co ty pieprzysz. Józef był stolarzem. Tak jak mój dziadek.
– Ty myślisz, że wszyscy Żydzi to bankowcy i dziennikarze?
– Dajcie spokój, panowie. – Kułakowski wziął z talerzyka ostatniego herbatnika, którego nie zdążył zjeść Płaziński. – Mówiąc poważnie, kimkolwiek jest, najbezpieczniej, żeby jednak on z nami nie został. W każdym razie nie dłużej niż to konieczne.
– Mówisz to jako minister sprawiedliwości czy prokurator generalny?
– Jedno i drugie.
– Dwójca święta.
– Co sugerują ich ekscelencje? – Renata Giez zwróciła się do Joachima Lipki. Przed podjęciem decyzji wolała wiedzieć, czego się od niej oczekuje.
– Męczeństwo jako ofiara przebłagalna albo całe i zdrowe wniebowstąpienie. Odniosłem wrażenie, że hierarchowie są w tej kwestii równo podzieleni.
– Pierwsza opcja jest łatwiejsza technicznie, damy radę – ocenił Madziar. – Z wniebowstąpieniem słabo. Mieliśmy kiedyś kosmonautę Hermaszewskiego, ale w obecnej sytuacji na pomoc Ruskich w podboju kosmosu bym nie liczył.
– Tylko kto?
– Co kto?
– Kto się targnie.
– Znajdzie się. Nie ma strachu.
– U nas? Z dostojnych ust słyszałem o obcym. Kładziono na to nacisk. Kiedy powiedziałem, że z łatwością się taka osoba u nas znajdzie, źle to przyjęto. – Joachim Lipka do dzisiaj czuł się nieswojo na wspomnienie tego, że przez samego kardynała Grabka ofuknięty został. Jak każdy minister srał po nogach na groźbę krytyki ze strony hierarchów. Lipka należał do mniej licznej grupy w sferach rządowych, która trzymała raczej z gnieźnianami niż z toruńczykami. Dobrze się rozumiał z biskupem Kanią. Znajdowali wspólny język.
– Teraz licho z obcokrajowcami. Co do ateistów i innowierców… – Płaziński wygenerował wargami dźwięk, jaki wydają paszczą i chrapami konie przy wodopoju. Było to jakby prr! woźnicy, tylko ubezdźwięcznione, bez angażowania strun głosowych.
– A mniejszość etniczna?
– Która. Niemiecka czy ukraińska?
– Białoruska.
– Daj spokój. Już lepiej tatarska.
– Albo Ślązak. Nie chcą judasze być Polakami, to proszę bardzo.
– Po uchwaleniu ustaw toruńskich większość Ślązaków podpisała polską listę narodową.
– Łaski nie robili.
– Komu laski nie robili?
– Łaski. Tym, co podpisali, ufam jeszcze mniej. Nie ma gorszego Żyda od przechrzty.
– Kiedy ma być ta cała inscenizacja? – zapytał Płaziński.
– Intronizacja – poprawił go Kułakowski.
– Za dwa tygodnie.
– No to bieda. Licho z czasem.
– Czas jest pojęciem względnym – powtórzył minister nauki i szkolnictwa wyższego Gawełko. Nadęta pierdoła. Płaziński chętnie by mu poradził, żeby wyjął korek z dupy. Płazińki dobrze znał Gawełkę. Gawełko zjadłby własne gówno, żeby zostać ministrem spraw wewnętrznych albo obrony narodowej, ale na razie musiał obejść się smakiem.
– Chciałbym wszystkich poinformować, że wywiad już znalazł kandydata. Formalnie nasz, ale zarazem w najlepszym słowa tego znaczeniu obcy – powiedział Leszek Madziar. – Sprawa jest ściśle tajna. Pani premier zna szczegóły.
Twarze zebranych obróciły się w kierunku pani premier. Renata Giez poprawiła włosy.
– Jeszcze jedna kwestia – przypomniał minister spraw zagranicznych Szczepan Trzetrzelewski. – Wtajemniczamy prezydenta?
Zrobiło się cicho. Z jednej strony prezydent był diablo katolicki, z drugiej strony bano się tego, co Kołatka może palnąć. Powolność myślenia w połączeniu z szybkością wymowy sprawiała, że dopiero parę chwil po wypowiedzeniu zdania prezydent zaczynał rozumieć, co ono znaczy. Poza tym jego spontaniczne reakcje bywały przesadzone i nieobliczalne. Tak jak w zeszłym roku, kiedy w rocznicę zamachu na pierwszego prezydenta niepodległej Polski Gabriela Narutowicza, którego na śmierć zaszczuła narodowo-katolicka prawica, Kołatka złożył kwiaty na grobie jego zabójcy, niejakiego Niewiadomskiego. Rzeczniczka prezydenta, była miss Polonia, tłumaczyła, że stało się to przez niedopatrzenie i z uśmiechem koloru blond przeprosiła za zabawne qui pro quo. Uśmiech rzeczniczki to i tak było nic w porównaniu ze słynnym uśmieszkiem Kołatki, który przywodził na myśl minę zadowolonego z siebie mordercy przekonanego o tym, że policja nigdy nie znajdzie zwłok.
– Lepiej żeby Kołatka nie mieszał – przerwał minutę ciszy Rafał Milczewski. Głaskał się po nosie orłosępa. Był świadom karykaturalnych cech swojego wyglądu, ale własnej karykatury narysować nie potrafił. Przynajmniej nie tak dobrze jak innych. – Prezydentowi ani dudu.
Sugestia doradcy wydała się Renacie Giez rozsądna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz